Śladami opon

Nie raz już wspomniałam, że malowanie farbami dla moich szkrabów jest jedną z “ulubieńszych” aktywności.

Każdy nasz kontakt z farbami prędzej czy później kończy się całkowitym umazaniem rąk i taplaniem się w farbiastej mazi do czasu aż wszystkie kolory wymieszają się na tyle, że powstanie coś na kształt smolistej mazi.

Dając ujście zapędom moich smyków do babrania się w farbie oraz ich niezwykle mocno zakorzenionym zainteresowaniom motoryzacyjnym przygotowałam dziś dla nich atrakcję – malowanie samochodzikami.

Przygotowaliśmy dwa samochody wykonane z tworzywa (założyłam, że te łatwiej będzie później domyć), duży arkusz papieru oraz kilka kolorów farb, w których koła samochodów będzie można zamoczyć.

A kiedy już wszystko było gotowe – rozpoczął się twórczy szał, który dzieciakom dał naprawdę sporo dobrej zabawy…, a że każda – nawet najprostsza – z twórczych zabaw również rozwija malucha, o tym już chyba wspominać nie muszę…

Mamy nadzieję, że na podobne szaleństwo sobie pozwolicie.
Wspaniałej, kolorowej zabawy Wam życzymy!

Malowanie na folii

Odkąd razem z dzieciakami podejmuję działania twórcze, czyli odrobinę dłużej niż istnieje sam kreatywnik, wiem, że malować można praktycznie wszystkim, co więcej malować można także na wielu powierzchniach. Nawet na tych z pozoru nie nadających się do tego.

A że często bywa tak, że malowanie na czymś co kartką nie jest – jest po prostu ciekawsze – wytargaliśmy z szuflady koszulki foliowe oraz farby – pędzle i za tworzenie arcydzieł się zabraliśmy.

Szybko okazało się, że malowanie na folii wcale do najłatwiejszych zadań nie należy. Farba nie wsiąka w kartkę, więc podczas pracy można się konkretnie natrudzić, by pomysł na folię przelać, można się też solidnie ubrudzić.

Nie zrażają się jednak niczym brnęliśmy w swoich działaniach krok po kroku dalej. W ten oto sposób powstało kółkowe dzieło…, które szybę okna zdobi, tworząc tym samym swoisty, własnoręcznie przygotowany witrażyk.

Spróbujecie i Wy swoich sił w tworzeniu witraży- przeźroczy na foliowych koszulkach? A może już próbowaliście – podzielcie się więc z nami Waszymi doświadczeniami w tej dziedzinie.

Fluorescencyjne akwarium (UV)

Sporo czasu minęło od momentu, kiedy stworzyliśmy nasze akwarium UV. Pierwszy wpis o nim pojawiła się na blogu w 2013 roku. Ponieważ jednak co jakiś czas pytacie o nie i sposób jego tworzenia – postanowiliśmy (specjalnie dla Was) pokazać je raz jeszcze.

Pomysły na stworzenie pomocy, które pozwoliłyby pobudzić wzrok syna do “działania” pojawił się u nas tuż po tym, jak po ponad czterech miesiącach od narodzin dzieciaków wypisano nas ze szpitala.

Dał się nam wtedy jednak we znaki brak doświadczenia oraz brak wyobrażenia jak wspomniane mogłyby wyglądać. Początkowo więc ograniczaliśmy się do działań związanych z kontrastem czerni i bieli (z elementami czerwieni).

Kiedy podczas uczestnictwa w jednym z turnusów rehabilitacyjnych zobaczyłam, jaki podziw na twarzach dzieciaków wzbudziła tamtejsza sala doświadczania świata i jej fluorescencyjne elementy (w tym i akwarium) – postanowiłam, że w domu, angażując w proces tworzenia dzieciaki, wykonamy podobne.

Kupiłam żarówkę UV oraz fluorescencyjne lakiery (używane w tuningu samochodowym do malowania wskazówek licznikowych), w sklepie zoologicznym zaopatrzyłam się w kamyki(gdyby nie trwająca wtedy zima pewnie sami nazbieralibyśmy kamyków na podwórku), a także w rosliny akwariowe. Od zaprzyjaźnionego sklepikarza dostałam duży plastikowy (czyli bezpieczny) słój po lizakach.

W pierwszej kolejności zabrałam się za pomalowanie kamyków lakierami (lakiery pachną podobnie jak większość lakierów do paznokci, zapach do przyjemnych nie należy, więc nie narażałam na niego dzieciaków).

Pomalowana w niektórych miejscach została również akwariowa roślinka…

Wysuszone elementy zostały włożone (tym razem już z pomocą dzieciaków) do słoja. Tylną  ścianę naszego akwarium ozdobiliśmy wydrukowanym, zalaminowanym i również maźniętym lakierami fluorescencyjnymi zdjęciem rafy koralowej.

W efekcie końcowym nasze domowe, fluorescencyjne, akwarium prezentuje się tak:

Fluorescencyjne akwarium w oryginale to imitacja wodnego świata. Elementy znajdujące się w akwarium  reagują na światło ultrafioletowe, co zapewnia dużą kontrastowość widzianych bodźców.

Ćwiczenia wykorzystujące do działań akwarium realizują wszystkie etapy rozwoju wzroku:
– fiksację czyli skupianie wzroku
– skokowość – zdolność do podążania wzrokiem za poruszającym się przedmiotem
– rotację – zdolność do poruszania oczami we wszystkich kierunkach.

Czeka nas jeszcze odrobina pracy, by rozbudować nasz wodny – odrobinę zapomniany – świat, tymczasem zaprezentujemy Wam oryginał, który nas zainspirował…

Jak Wam się nasz pomysł podoba?

Mamo, a dlaczego? Pytania dzieci – odpowiedzi dorosłych – kable wysokiego napięcia

Wracaliśmy z przedszkola… Było dosyć późno, bo plan mam w tym roku taki, że to właśnie ja placówkę zamykam. Czekamy więc ze szkrabami za ostatnim rodzicem odbierającym swoje pociechy i możemy wracać do domu.

Wracaliśmy w ciszy, to chyba zmęczenie dało nam się we znaki.  Nie było pytań, jak zwykle, nie było terkotania o wszystkim i o niczym, była – dziwna wręcz – cisza, którą przerwało zaledwie jedno pytanie:

Dlaczego ptaków nie kopie prąd jak one sobie tak siedzą a kable wysokiego napięcia mają między nogami?

Co odpowiedzielibyście, gdyby i Was zapytał o coś podobnego (wtedy jeszcze) 4 – latek? My poradziliśmy sobie tak:

Prąd nie razi ptaków, bo przez nie nie przepływa. Prąd ma to do siebie, że wybiera nośnik, który stawia najmniejszy opór. W tym przypadku opór jest znacznie mniejszy w metalowym przewodzie niż w ciele ptaka. Do porażenia mogłoby dojść, gdyby ptak równocześnie dotknął czegoś innego – ziemi, drugiego przewodu czy słupa.

Nasze poszukiwania tematycznie z prądem związane połączyliśmy również z rozmową o bezpieczeństwie, wszak o tym zapominać nie można.

Mamo, a dlaczego? Pytania dzieci – odpowiedzi dorosłych – kamienie

Weekendowy pobyt na wsi, u dziadków, zaowocował powstaniem kolejnego odcinka cyklu “Mamo a dlaczego?”. A to dlatego właśnie, że z każdym kolejnym dniem – szczególnie, gdy otoczenie dzieciaków zaskoczy ich jakąś nowością, pytań zadawanych przez moje pociechy przybywa, tylko jakoś sił i czasu na ich spisywanie brak…

Mamo czym są kamienie? Czy za ich powstanie odpowiedzialna jest kopalnia kamienia?

Kto zna moje dziecko ten wie, że syn takim właśnie słownictwem się posługuje, wie też, że od czasu do czasu smyk zaskakuje nas pytaniami, na które odpowiedzi poszukujemy w książkach albo sieci.

Przyznam, że tak też było tym razem.

Coś niecoś o kopalniach kamienia słyszałam, jednak nigdy tematu nie zgłębiałam na tyle, by móc teraz wyczerpującej odpowiedzi dzieciakom udzielić.

Poszperałam więc i dowiedziałam się, że…

Kamień w geologii nazywany jest skałą. W zależności od rodzaj powstawania wyróżniamy trzy typy skał: magmowe, osadowe i metamorficzne.

Skały magmowe swoje powstanie zawdzięczają zjawiskom wulkanizmu i plutonizmu, podczas których magma zastyga pod albo na powierzchni Ziemi (pod postacią lawy). Skały powstające pod powierzchnią Ziemi będą więc nazywane plutonicznymi, a powstające na jej powierzchni – wulkanicznymi.

Skały osadowe powstają w wyniku gromadzenia się materiału okruchowego, organicznego lub chemicznego w zbiornikach wodnych lub – rzadziej – w środowisku lądowym. Osady te podlegają następnie procesowi, który zmniejsza odległość pomiędzy poszczególnymi składnikami osadu.

Skały metamorficzne tworzą się w wyników procesów metamorficznych oddziałujących na istniejące już formacje skalne. Działanie poszczególnych czynników metamorfizmu (temperatura, ciśnienie, roztwory hydrotermalne) jest uzależnione od głębokości, na których zjawisko to zachodzi, temperatury, ciśnienia, składu chemicznego i mineralnego skał wyjściowych oraz chemizmu wód (roztworów) dopływających z głębi ziemi. /źródło: wikipedia.org/

Złożami kamienia (np. granitu, kamienia wapiennego, itp.) – ich wydobyciem i przerabianiem (kostka granitowa czy kamień murowy)  na skalę “masową” zajmują się właśnie kopalnie kamienia.

Kopalnia granitu – źródło zdjęcia: http://www.granit-kostrza.pl/

Mamo, a dlaczego? Pytania dzieci – odpowiedzi dorosłych – zęby

Od pewnego czasu zdarza mi się – coraz częściej – że odpowiedzi na zadawane przez dzieci (moje prywatne, a także moich wychowanków) pytania szukam w książkach czy też internecie. Tak! Uwierzcie bądź nie, ale pytania maluchów swoją precyzją mogą często zwalić dorosłego z nóg.Postanowiłam, że co jakiś czas zbiorę owe zagadnienia i odszukane przeze mnie wskazówki w nowy cykl postów na blogu “MAMO A DLACZEGO?”

Ponieważ od kilku dni u nas na tapecie zagadnienia stomatologiczne, dlatego seria dzisiejszych pytań dotyczyć będzie zębów.

Gotowi? Zatem zaczynamy!

Mamo, a dlaczego nasze zęby nazywamy zębami mlecznymi?

Najprawdopodobniej dlatego, że wyrzynają się, kiedy jesteśmy jeszcze niemowlętami i żywimy się wyłącznie mlekiem.

Mamo, jak trzymają się zęby w buzi i dlaczego są takie twarde?

Zęby “trzymają się w buzi” dzięki swoim korzeniom w żuchwie i szczęce oraz ozębnej (tkance wypełniającej przestrzeń między cementem korzeniowym, a kością wyrostka zębodołowego, łączącej jednocześnie obie struktury.)

Zęby są twarde ponieważ pokrywa je tzw. szkliwo. To najtwardsze, po diamencie, tworzywo na świecie. Szkliwo chroni nasze zęby przed zimnem, gorącem i ścieraniem. Zęby muszą być twarde i trwałe, bo muszą nam służyć przez długi czas.

Mamo, co to jest próchnica i dlaczego ją mamy?

Po każdym posiłku na zębach pozostają resztki jedzenia, nawet jeśli się nam wydaje, że nic na nich nie ma. Jeżeli nie umyjemy zębów wspomniane resztki zbierają się i są pożywką dla bakterii. Kwas wytwarzany przez bakterie atakuje szkliwo, tworząc małe dziurki w nim, zwane próchnicą.

Mamo, a dlaczego próchnica boli?

Próchnica zaczyna się od drążenia szkliwa zębów, kiedy zaatakuje miazgę wewnątrz zęba, odczuwamy ból, ponieważ znajdujące się w niej naczynia krwionośne i nerwy sprawiają, że jest bardzo wrażliwa.

Mamo, a po co ludzie noszą na zębach metalowe druciki?

Te metalowe druciki to tzw. aparat ortodontyczny. Zakłada się go na zęby, gdy te są źle ustawione, zachodzą na siebie lub są zbyt od siebie oddalone. Mówimy wtedy, że to wada zgryzu. Noszenie aparatu pozwala taką wadę skorygować. To bardzo ważne, gdyż źle ustawione zęby mogą utrudnić nam prawidłowe gryzienie, a nawet uniemożliwić prawidłowe wypowiadanie niektórych słów.

W przygotowywaniu odpowiedzi na pytania moich dzieci korzystałam z książki: Obrazkowa encyklopedia dla dzieci. CIAŁO. Wyd. Olesiejuk

Klocki z drewna wyczarowane

Całkiem spora ilość klocków przewinęła się przez nasze ręce w ciągu kilku ostatnich lat. Jedne pojawiają się i od razu znikają – nie ciesząc się prawie w ogóle powodzeniem – inne zostają na dłużej.

Od pewnego czasu króluje u nas Lego, choć właściwie to napisać powinnam, że królowało, bo znalazł się właśnie niepozorny konkurent, którego o pierwsze miejsce ex aequo na podium nie posądzałabym.

Nim trafiły do nas zastanawiałam się czy aby na pewno tak “prosty” produkt jest odpowiedni dla starszych przedszkolaków… Już kilka chwil później moje pociechy (szczególnie syn) pokazały mi w jak bardzo złym kierunku podążały moje myśli związane z pudełkiem kolorowych klocków PILCH.

Nie, nie myślcie, że mam coś przeciw prostocie, czy naturalności. Uwielbiam drewniane produkty, nie raz na blogu pokazywałam, że to właśnie w prostocie tkwi siła. Obawiałam się raczej, czy 5-latkowi bombardowanemu zewsząd plastikową tandetą zabawa drewnianymi klockami nie wyda się nudna.

Obserwowanie moich dzieci podczas zabawy klockami PILCH sprawiło mi sporo przyjemności, przywróciło mi również wiarę w to, że jednak nie jest tak źle z dziecięcą intuicją. Klocki naturalne stanęły na wysokości zadania. Swoją prostotą, jakością wykonania oraz uniwersalnością zafascynowały dzieciaki, inspirując je do podejmowania co rusz to nowych form zabawy. Niezwykle istotnej zabawy!

Dlaczego wspomniana przeze mnie zabawa jest aż tak ważna?
Po pierwsze rozwija wyobraźnię i kreatywność. Zabawa klockami to samodzielne wymyślanie konstrukcji i tworzenie własnego małego świata.

Po drugie rozwija koordynację wzrokowo – ruchową. Budowanie z klocków wymaga skoordynowania kilku działań jednocześnie.

Po trzecie uczy rozpoznawania kształtów.

Po czwarte wspólne budowanie z klocków to świetna zabawa, a jednocześnie nauka współpracy, radzenia sobie z konkurencją czy trudnymi emocjami. Umiejętności społeczne nabywane – między innymi – w czasie zabawy klockami stanowią istotną część naszego życia.Po piąte sortowanie klocków, a potem układanie z nich wysokich wieży lub skomplikowanych konstrukcji, wymaga ogromnego skupienia i dokładności, rozwijana w tym czasie koncentracja i precyzja działania okażą się w późniejszym życiu równie ważne.

Po szóste opisywanie kształtów i wymiarów klocków, a także podawanie innym osobom instrukcji dotyczących ich układania, pomaga wzbogacić słownictwo dziecka.

Po siódme klocki mogą być świetną pomocą podczas nauki liczenia, a także doskonałym pretekstem do zabaw matematycznych.Po ósme z powodzeniem można je wykorzystywać podczas pogłębiania wiedzy z zakresu orientacji przestrzennej. “Wyżej”, “niżej”, “nad”, “pod”, “z lewej strony” – dziecko szybciej pojmuje te wyrażenia mogąc zilustrować je na przykładzie własnych budowli.

Po dziewiąte klasyfikowanie i planowanie czyli sortowanie klocków według kształtów czy rozmiarów, a potem planowanie wykonania skomplikowanych budowli to skuteczny trening strategicznego myślenia oraz  rozwiązywania problemów.
Po dziesiąte manipulowanie klockami w oczywisty sposób wpływa pozytywnie na zdolności manualne dziecka.

Czytając o powyżej opisanym dobrodziejstwie zabawy klockami i jednocześnie przekonując się o tym na co dzień, nie sposób odmówić im niezwykle istotnej roli jaką powinny pełnić (i pewnie najczęściej pełnią) w życiu Waszej pociechy.

Nie pozostaje mi nic innego, jak namówić Was do jak najczęstszych zabaw, jak najprostszymi i jak najbardziej uniwersalnymi klockami. A jeśli takowych jeszcze nie macie – serdecznie polecam właśnie te od PILCH – kolorowe lub naturalne.

W ramach ciekawostki dodam, że użytkownicy tuby z klockami PILCH znajdą w niej poza klockami coś jeszcze – małą niespodziankę – broszurę, która nie tylko podzieli się z Wami opiniami specjalistów na temat zabawy klockami, ale również zaproponuje Wam 50 sposobów na zabawę nimi oraz blisko 20 ruchowych ćwiczeń profilaktycznych z wykorzystaniem samego “opakowania”, co z całą pewnością jeszcze bardziej urozmaici zabawę małych odkrywców.


Więcej o produktach PILCH – KLIK

Klocki naturalne – KLIK

Klocki kolorowe – KLIK

Zabytkowa kopalnia węgla kamiennego Guido – Zabrze

Blisko 3 godzinny spacer – i to nie byle jaki, bo odbyty pod ziemią – zafundowaliśmy sobie, razem z dzieciakami, w minionym tygodniu.

Przy okazji części wakacji spędzanych w moich rodzinnych stronach korzystamy z tutejszych atrakcji. Kopalnię Guido było dane mi już kiedyś zwiedzić, jednak, że miało to miejsce bardzo dawno temu owo zwiedzanie pamiętałam jakby przez mgłę. To co wtedy zrobiło na mnie ogromne wrażenie – dzięki czemu właśnie to po dziś dzień pamiętam – to zjazd górniczą windą (szolą) do odpowiedniego poziomu i głośność pracy niektórych maszyn.

Trochę z ciekawości, a jednocześnie chcąc urozmaicić wakacyjny pobyt pociechom uznałam, że czas, by wycieczkę w podziemia odświeżyć.Zaopatrzeni w kaski na głowach, w obecności przewodnika zjechaliśmy w dół.

POZIOM 170Szolą – w praktycznie całkowitych ciemnościach – zjechaliśmy w dół. Głębokość 170 m pokonujemy tu z prędkością ok. 4 metrów na sekundę. To znacznie szybciej niż znane nam prędkości wind z bloków mieszkaniowych, na szczęście nie na tyle szybko, by powodować jakiś dyskomfort.

Mimo, iż znaleźliśmy się 170 m pod ziemią okazało się, że w dalszym ciągu znajdujemy się ponad poziomem morza – o taka ciekawostka!

Na wskazanym poziomie poznajemy pokrótce historię założenia kopalni, zwiedzamy kopalniane stajnie, dowiadujemy się całkiem sporo o koniach pracujących w kopalniach na równi z górnikami.

To tutaj również zgłębiamy wiedzę na temat tego kim była św. Barbara i czyją jest patronką.

Poziom 170 nazwałabym poziomem “dla każdego”. To tutaj mają dostęp również dzieci poniżej 6 roku życia, to tutaj przemieszczanie się nie sprawia nam żadnej trudności.

POZIOM 320

Po zapoznaniu się z tajemnicami poziomu 170 ponownie udajemy się do szoli, by zjechać na poziom 320. Na tym poziomie zobaczyć można w jakich warunkach pracowali, ale też w dalszym ciągu pracują, górnicy (zgarbieni, na kolanach, czasem i na leżąco, przy niewiarygodnym hałasie maszyn,  a także w zagrożeniu życia – wybuchy gazów, zalewanie pokładów wodą, zawały, itp.).

Pochodzę ze Śląska, to tu się wychowałam, tu dorastałam. Mój dziadek i wujkowie byli górnikami – przyznam szczerze, że żadna opowieść członków rodziny nie zobrazowała tego, co zobaczyliśmy z dzieciakami pod ziemią. Trafiliśmy na przesympatyczną i niezwykle kompetentną panią przewodnik, której opowieści wzbogacone przez pokazy multimedialne dały nam poczuć choć przez chwilę na własnej skórze jaki to trudny zawód.

Po przejściu pochyłymi i miejscami niskimi korytarzami (trzeba je pokonywać schylając się) czekała na nas jeszcze jedna, a właściwie to dwie atrakcje poziomu. Pokonaliśmy część trasy podwieszaną, elektryczną kolejką (jedyna tego typu górnicza kolejka na świecie udostępniona turystom), by na sam koniec trafić do podziemnego pub’u, gdzie skosztować można śląskich specjałów (żurku, bigosu, chleba ze smalcem, itp.), a także – dla tych co mogą sobie na to pozwolić – napić się tutejszego piwa “Guido”.

Co tu dużo pisać – kopalnią Guido, tym co zobaczyliśmy, usłyszeliśmy, dotknęliśmy jesteśmy zachwyceni. Owy zachwyt pewnie na długo w nas zostanie.Jesteśmy też pewni, że za jakiś czas tu wrócimy. Może wtedy jednak bez pociech – wtedy na 100% wybierzemy opcję zwiedzania zwaną “szychta” lub też zwiedzanie w kompletnych ciemnościach poziomu 355.

 

Więcej o kopalni, panujących w niej warunkach, możliwościach zwiedzania (konieczności wcześniejszej rezerwacji zwiedzania!) przeczytacie TUTAJ.

Malowanie na mleku

Co rusz poszukujemy nowych pomysłów, które mogłyby wzbogacić nasze i tak już dosyć bogate (zważając chociażby na nasz dorobek blogowy) doświadczenie twórcze.

Czasami te przychodzą nam spontanicznie do głowy, czasami na jakiś ciekawy pomysł natkniemy się na innym blogu kreatywnością się zajmującym. Tak też było w tym przypadku. Kiedy u Dzikiej Jabłoni podejrzałam pomysł na malowanie na/po mleku po prostu nie mogliśmy tego nie wypróbować.

Płaskie talerze zalane zostały cienką warstwą mleka (krowiego), w osobnych naczynkach zabarwiłam wodę przy pomocy farb (równie dobrze można użyć w tym celu barwników spożywczych). Nie pozostało nic innego jak z pomocą słomek oraz strzykawek (jak na złośliwość rzeczy martwych przystało nie byłam w stanie w domowych zakamarkach dziś znaleźć ani jednego kroplomierze) zabrać się za malowanie.

Na początku dosyć nieśmiało szkraby sięgały po kolory, jednak gdy zobaczyły rozpływające się na białej powierzchni cudowne esy floresy, od razu do pracy się ośmieliły.

Rozpoczęło się najprawdziwsze, mleczne, zaklinanie barw…

… a ile frajdy przy tym było.

Wielkie zakraplanie trwało i trwało, i trwało… Dzieciaki spędziły blisko 1,5 godziny zakraplając talerze kolejnymi kolorami. Można by rzec wsiąknęli na dobre (a to niezbyt często się zdarza).

Tym bardziej Dzikiej Jabłoni dziękujemy za inspirację, a Was do spróbowania swych sił w malowaniu na/po mleku zachęcamy.

Interaktywna zabawa bez komputera i elektroniki? To możliwe!

Ten wpis pierwotnie ukazał się na naszym blogu w 2012 roku. Przy okazji przenosin treści bloga postanowiliśmy go odświeżyć. Możliwe, że są gdzieś jeszcze osoby, które nie znają książek autorstwa Herve Tullet’a. My staliśmy się jego wiernymi fanami od pierwszego zetknięcia z jego publikacjami – myślę, że na wielu z Was podziała podobnie.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że trudno zrozumieć stanie się fascynatem czegokolwiek po zaledwie pierwszym spotkaniu z daną rzeczą, jednak w tym przypadku po prostu nie mogło być inaczej.

“Naciśnij mnie” i “Turlututu a kuku. To ja!” to interaktywne książki dla dzieci w wieku około 2  – 6 lat. To książki, które w prosty, aczkolwiek moim zdaniem genialny, sposób angażują dzieci do wzięcia udziału w niezwykle wciągającej zabawie.

“Naciśnij mnie” zabiera nas w świat kolorowych (przede wszystkim żółtych) kropek. Za ich sprawą naciskamy karty książki, pocieramy je, trzęsiemy książką oraz wydmuchujemy niepotrzebne elementy z ich kart.

“Turlututu a kuku. To ja!” to z kolei cykl krótkich przygód sympatycznego “kosmity”, który – podobnie jak kropki w wyżej wspomnianej pozycji – zachęca młodego czytelnika do interaktywnego kontaktu z książką. Potrząsamy nią, obkręcamy, naciskamy na kolejne elementy na jej stronach.

Banalny pomysł pozwolił książeczkom znaleźć się na liście bestsellerów.

Jakoś mnie to nie dziwi patrząc na frajdę, jaką dają książeczki moim dzieciom.

Zatem jeśli do niedawna byłeś pewien/byłaś pewna, że w dzisiejszych czasach zabawa interaktywna możliwa jest wyłącznie przy użyciu komputera – czas obalić ten mit.I czym prędzej zaopatrzyć się, w którąś ze wspomnianych pozycji…

Polecam wszystkim rodzicom do wspólnej zabawy z dzieckiem.