Na podbój krasnali czyli jeden dzień we Wrocławiu

W tym roku niestety nie było nam dane cieszyć się długim majowym weekendem w pełni, gdyż 2 maja spędziłam w pracy. Na szczęście to jakoś szczególnie nie pokrzyżowało nam planów.

A plan był taki, by po prostu odpocząć. Dopiero co wróciliśmy z nadmorskiego, świątecznego wypadu (zauważyliście, że piasek nadmorski ma tę tendencję, że jeszcze długo po powrocie znajduje się go gdzieniegdzie?), dopiero co udało nam się uporządkować wszystko po tymże powrocie, więc kolejne dłuższe wypady nie były nam w głowach.

Tym bardziej, że weekend majowy zapowiadał się raczej zimny i deszczowy.

W piątek leniwie zwlekliśmy się z łóżek i uznaliśmy, że jednak dziwnie jest nam siedzieć na miejscu. Spakowaliśmy kilka niezbędnych podróżniczych przydasi i ruszyliśmy ku przygodzie.

Za cel naszej podróży obraliśmy położony o jakieś 180 km od nas wrocławski Rynek.

Wrocław odwiedzaliśmy już kilkukrotnie. Kilka razy byliśmy w Afrykarium i ZOO, raz czy dwa w Ogrodzie Japońskim, jakoś nigdy jednak nie udało nam się spędzić dłuższej chwili w okolicach Rynku. Nie spodziewaliśmy się tu żadnych fanfarów. To miał być najzwyklejszy w świecie spacer, a jednak rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania.

Po dniu spędzonym na łowach krasnali stwierdzam, że ten kto wymyślił wrocławskie krasnale musiał mieć „łeb na karku”.

Po dotarciu na miejsce swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej, gdzie dowiedzieliśmy się, iż do kupienia są dwa rodzaje krasnalich map. W znalezieniu miniaturowych postaci miała nam też pomóc darmowa aplikacja (Go Wrocławskie Krasnale). Jedna z map to jak się okazało opracowanie, w którym po znalezieniu poszczególnych krasnali przyklejamy na mapie naklejki lub zbieramy w oznaczonych miejscach pieczątki (ta skupia się na odnalezieniu 36 mini postaci), druga jest po prostu mapą i pokazuje nam około 100 z ponad 300 wrocławskich „niziołków”.

Wzięliśmy obie i wyruszyliśmy w pogoń.

Z mapą jest zdecydowanie łatwiej, bardziej zorganizowanie. Odnajdywaliśmy kolejne krasnale – odczytując ich imiona oraz krótkie historie ich powstania bądź zachowań.

Pogoda w miarę dopisywała, więc przy okazji podziwialiśmy i inne atrakcje (architekturę, fontannę, namalowane okno – słyszeliście o nim?)

Z każdym kolejnym krasnalem chęć znalezienia następnych była większa. Ciekawość jak będą wyglądać poganiała nas w poszukiwaniach. W międzyczasie oczywiście zrobiliśmy sobie przerwy na posiłek i chwilę wytchnienia.

Według mapy powinniśmy odnaleźć 36 krasnoludzkich mieszkańców Wrocławia, na tej samej trasie z aplikacją udało się nam ich znaleźć około 60.

Fajnie spędziliśmy czas, spacerowaliśmy (ponad 10000 kroków), poznaliśmy nowe miasto, a przy okazji doskonale się bawiliśmy. Dodam, że bawiliśmy się niskobudżetowo, bo koszt jaki w danej zabawie ponieśliśmy to jedynie koszt map – 10zł (tej z naklejkami) oraz 6 zł (tej bez).

Jeśli więc nie macie pomysłu na ciekawie spędzone popołudnie, a mieszkacie na tyle blisko Wrocławia, by dotrzeć do niego nie uszczuplając znacznie budżetu polecamy Wam sprawdzenie się w roli poszukiwacza.

Bieganie z mapą po mieście przypomniało mi dawne harcerskie czasy, kiedy odczytywanie mapy, czy poruszanie się po terenie zgodnie z nią było całkiem fajną codziennością.

Czy Wy już goniliście wrocławskie krasnoludki? Czy ta atrakcja wciąż przed Wami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *