O niezwykłej Księżniczce i Królu (interaktywne szczeniaki Spin Master)

W ostatnim czasie, gdy przychodzi moment na wieczorny odpoczynek (a w wakacje ma to miejsce odrobinę później niż w czasie roku szkolnego) najmłodsi poza opowiedzeniem bajki/historii na dobranoc proszą o coś jeszcze…

– Mamuś, a opowiedz nam jakąś Twoją historię z życia… Może być ta o klockach i wujku albo burzy i cioci, albo zabawie w śpiącą królewnę…

Coraz częściej daję się namówić na te opowiastki. Sporo historii z moich młodzieńczych lat dzieciaki już znają  (najczęściej takie z morałem na końcu), część zapewne jeszcze przed nimi. Przyznaję się, że zarówno ja, jak i dzieciaki czerpiemy sporo radości z obcowania ze sobą, a także z dzielenia się częścią swoich przeżyć. To niesamowite jak szkraby chłoną te opowieści i jak doskonale potrafią się odnieść do ich morałów w codziennym życiu.

Ten nasz wieczorny rytuał trwa już od pewnego czasu, myślę, że jeszcze odrobinę potrwa nim zmieni się bądź ewoluuje w coś innego.

 

Jednego wieczora natchnęło mnie na wspominki dotyczące zabawek mojego dzieciństwa. A że przyszło mi dorastać w trudnych dosyć czasach, nie było ich (zabawek) – przynajmniej na samym początku – zbyt wiele. Kiedy jednak sięgnęłam pamięcią nieco głębiej przypomniałam sobie o jednej, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Zakładam, że większość z Was, zaglądających na bloga, jest w podobnym do mnie wieku. Nasze dzieciństwo oraz młodzieńcze lata przypadły na lata 80-te i 90-te. Doskonale zatem powinniście pamiętać chyba pierwszą z elektronicznych gier, w której należało dbać o swojego odrobinę wirtualnego pupila. Tamgotchi  – bo o nim tu mowa – zyskało popularność w drugiej połowie lat 90-tych. To wtedy też zostało stworzone. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego stworka i moją ogromną chęć i zawzięcie w dbaniu o niego.

Opowieść o „wirtualnym” zwierzątku zainteresowała moje dzieciaki na tyle,  że w następnego dnia w sieci szukałam zdjęć lub filmików elektronicznych jajek.

W dzisiejszych czasach zabawka tego typu to „normalka” jakby to powiedział mój syn, jednak 20 lat temu to było dopiero coś.

Przeszło mi przez myśl, by moim szkrabom tamagotchi sprawić, by zobaczyły, co kiedyś i mnie zachwycało, jednak ze względu na problemy ze wzrokiem syna owa zabawka (nieodpowiednia wielkość dla dziecka niedowidzącego oraz mało czytelny ekran) zapewne pociech, by nie zachwyciła.

 

W tym samym czasie – cóż za zbieg okoliczności! – w nasze ręce trafiły dwa niewielkie interaktywne psiaki Zoomer Zupps od Spin Master.

Pieski, o których mowa to niewielkie (dosłownie kieszonkowe) szczeniaczki. Okazało się, że naszych nowych „gości”, a dziś już „domowników” uznać możemy za odrobinę współcześniejszą wersję elektronicznej zabawki sprzed lat.

Interaktywne szczeniaczki domagają się opieki – lubią być głaskane i dotykane. Na dotyk oczywiście reagują (pieski posiadają sensor w głowie, który pozwala na reagowanie na dotyk opiekuna). Co więcej, im intensywniej poświęcasz im czas – głaszczesz, bawisz się z nimi, karmisz – tym są szczęśliwsze. Gdy są naprawdę zadowolone z opieki w zamian usłyszeć możemy jak wyszczekują „I love you”.

Interaktywne szczeniaczki Zoomer Zupps posiadają podświetlane oczy (to potwierdza ich aktywność), wydają z siebie dźwięki jak prawdziwe szczeniaczki, popiskują, szczekają, podwarkują.

Różnymi rodzajami dźwięków dają znać o tym, czy są szczęśliwe, smutne, głodne, czy najedzone.

Co więcej każdy ze szczeniaczków posiada unikatowe, sekretne sztuczki (w przypadku naszych piesków dźwiękowe), które odkryć może ich właściciel poprzez kombinację odpowiednich chwytów (głaskanie, naciskanie nosa, przytrzymanie nosa i głowy jednocześnie).

To jeszcze nie wszystko!

Tamagotchi oferowało nam kilka trybów funkcjonowania wybranych stworków, ze szczeniaczkami jest podobnie.

Przez ponad miesiąc zabawy naszymi pieskami możemy potwierdzić, iż te funkcjonują w oparciu o trzy tryby: tryb opieki (głaskanie, naciskanie noska, karmienie przez naciśnięcie noska,  itp.), tryb gry uruchamiany przez jednoczesne przytrzymanie noska pieska i jego główki) oraz tryb specjalnych sztuczek (każdy szczeniak posiada inną specjalną umiejętność).

Nasze szczeniaczki to granatowy retriever o imieniu King oraz różowa mopsiczka o imieniu Princess.

Fakt, iż mimo prostoty i niewielkich rozmiarów psiaki co rusz odkrywają przed nami swoje nowe oblicze sprawia, że nie nudzą się zbyt szybko, choć rzecz oczywista – przerwy w opiece nad psiakami się nam zdarzają. Co w sumie użytkownikom psiaków polecamy, gdyż np. nocne popiskiwania do najprzyjemniejszych nie należą.

Szczeniaczki doskonale sprawdziły się w czasie naszych wakacyjnych podróży umilając nam czas w samochodzie, ich kieszonkowy charakter pozwolił na zabieranie ich ze sobą wszędzie, gdzie tylko dzieciaki miały  na to ochotę.

Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę dla kogo interaktywne szczeniaczki byłby odpowiednią zabawką?

Jestem zdania, iż nawet  najbardziej rozbudowana interaktywna zabawka nie zastąpi dziecku zwierzęcego przyjaciela (sama wychowywałam się w domu z psem, świnką morską, żółwiami, królikiem, rybkami dziś świadoma jestem tego, ile dobrego z tego wynikło, choć żegnanie swoich zwierzęcych przyjaciół, szczególnie jako dziecko, nie były łatwe), wydaje mi się jednak, iż zabawy i opieka nad  interaktywnym psiakiem może stać się doskonałym wstępem do tego, czego możemy się spodziewać posiadając żywe zwierzę.

Dziecku należy wytłumaczyć, że żywe zwierzątko to nie robot, którego można wyłączyć, jednak intensywność opieki i sam fakt konieczność pamiętania o niej wobec żywego zwierzaka interaktywna zabawka może nam przybliżyć.

Myślę, że Zoomer Zupps doskonale sprawdzą się też w sytuacji, gdy planujemy zakup większego, interaktywnego robota. Fakt, iż te większe mają zdecydowanie więcej funkcji, jednak już na dużo tańszym maluszku jesteśmy w stanie sprawdzić, czy taki prezent jest odpowiedni dla naszej pociechy.

Szczeniaki z serii Zoomer Zupps zachwycą również małych kolekcjonerów – na rynku dostępna jest spora ilość szczeniaczków o różnych rasach. Jestem pewna, że każdy mały kolekcjoner znajdzie tu coś dla siebie.

Szczeniaczki zachowujące się jak prawdziwe pieski i wydające takie dźwięki (rzecz jasna psiej mowy nie rozumiemy, za to piski interaktywnych szczeniaków za każdym razem stawiały  na nogi naszego prawdziwego psiaka, więc pewnie coś z tymi najprawdziwszymi psimi wspólnego mają) z całą pewnością okażą się też odpowiednią zabawką dla każdego małego fana psów.

Na sam koniec dodam tylko, iż nasze mini szczeniaczki przeznaczone są dla dzieci w wieku od lat 4.

 

 

Stolik szpulowy

Od zawsze podobały mi się niebanalne rozwiązania dekoratorskie, dlatego też kiedy po raz pierwszy w “dziadkowej” stodole wypatrzyłam szpulę po kablach wiedziałam, że prędzej czy później wykorzystam ją na moje potrzeby.

Czas mijał, szpula kurzyła się w kącie stodoły, aż wreszcie udało mi się znaleźć chwilę, by za wspomnianą się zabrać.

Docelowo szpula miała stać się niewielkim stolikiem kawowym do odmienianego wówczas przeze mnie pokoju.

Do zobrazowania swojej wizji wykorzystałam:

– szpulę

– drewniane kołki (do zatkania niepotrzebnych dziur w szpuli)

– szpachlówkę oraz szpachelkę

– papier ścierny

– puszkę białej farby do drewna

– wałek

– pędzel

– sznur (30 metrów)

– klej do klejenia na ciepło oraz pistolet do kleju

– 4 sztuki kół

– śrubki i śrubokręt.

W pierwszej kolejności szpulę oczyściłam papierem ściernym. Kołki umieściłam w otworach, które uznałam za zbędne. Zaszpachlowałam ubytki i pozostawiłam do wysuszenia…

Kiedy szpachlówka wyschła (po jakichś 10 godzinach) szpulę raz jeszcze przeszlifowałam papierem ściernym. Następnie pomalowałam ją przy pomocy wałka farbą do drewna. Elementy do których wałkiem nie mogłam się dostać wykończyłam niewielkim pędzelkiem…

Po całym dniu suszenia na słońcu przyszła pora na wykończenie.

Linę – sznur – ciasno owinęłam wokoło nogi stolika. Postanowiłam owinąć nim też spód szpuli. By jednak w tym miejscu sznur się utrzymał przykleiłam go na ciepło przy pomocy pistoletu i kleju.

Na sam koniec do stolika przykręcone zostały cztery kółka meblowe. Stolik został prawie ukończony. Prawie, gdyż czeka mnie jeszcze wycięcie ze szkła bądź pleksi nakładki na blat.

W tej chwili całość prezentuje się następująco…

Jeśli więc i Ty szukasz niebanalnego i taniego pomysłu na stolik kawowy lub nocny. Znajdź szpulę po kablach w wybranym przez Ciebie rozmiarze… i do dzieła!

O Rupakach słów kilka

Słyszeliście kiedykolwiek o Rupakach? Nie?!

My do nie tak dawna też nie mieliśmy o tych zabawnych i kolorowych stworkach pojęcia. Okazuje się jednak, że wystarczy odrobinę dokładniej przyjrzeć się szufladzie tatusia, półce z książkami czy też wózkowi dla lalek, by odkryć, że mogą je zamieszkiwać właśnie one…

Rupaki to przezabawne, ale i wielce charakterystyczne stwory, które żyją nie gdzie indziej, jak w dziecięcej wyobraźni. Ich świat stara się nam przybliżyć poetka Danuta Wawiłow.

“Wielcy boją się myszy i nie lubią jeść sera.

Zawsze tańczą kozaka, gdy na burzę się zbiera.

Śpią w kaloszach, a kąpiel zawsze biorą we frakach.

Nie chcesz wierzyć  – naprawdę ja się znam na RUPAKACH.

 

A RUPAKI mieszkają w dziwnych dziurach i kątach.

I na przykład za szafą, gdzie kurzu się nie sprząta

I w szufladzie tatusia

I na półce z książkami

I w wózeczku dla lalki też nocują czasami.

Są RUPAKI dorosłe  i RUPAKI dzieciaki,
dziewczyny, chłopaki, mądrale, głuptaki, brzydale, ładne RUPAKI…” (źródło:Rupaki Hip Hop. Bajka Bez Barier)

Wieść o Rupakach dotarła do nas jakiś czas temu za sprawą pewnego ciekawego projektu. Projektu, który dosłownie i w przenośni postawił świat na głowie. “Bajka bez Barier” to przedsięwzięcie, w którym niewidome dzieci tworzą obraz video, a niesłyszące pracują nad muzyką do niezwykłej bajki. Niemożliwe? A jednak, wyobraźnia nie zna granic! Przed dziećmi otworzono więc niedostępny świat dźwięku i obrazu. Zamiast oczu i uszu użyto… dotyku – bo ciało też może „słyszeć” muzykę, a dłonie mogą „widzieć” faktury i kształty plastyczne.
Oto projektowe Rupaki, które skradły na tyle nasze serca, że sami postanowiliśmy stworzyć własne:

źródło: KLIK

Jak Wam się te przezabawne stworki podobają?

Zróbmy sobie grę!

Lubicie gry? My bardzo! I to zarówno planszowe, jak i wszelkiego typu inne wyzwania dumnie miano gier noszące. Rzecz jasna nie wszystkie nam do gustu przypadają, jednak znaczna ich część jest jak najbardziej ok.

Wiecie, że może być coś jeszcze fajniejszego niż “zwykła” gra?

Gra wymyślona i wykonana przez Ciebie (i/lub Twoje dziecko). Dokładnie tak! Nie ma nic lepszego niż samodzielnie opracowana, dopracowana i przygotowana gra. Przekonaliśmy się o tym już kilkukrotnie.  Jakiś czas temu z wykorzystaniem rolek po papierze toaletowym, dwustronnej taśmy, nożyczek, tektury, kredek oraz pomponów stworzyliśmy grę pod roboczym tytułem “Taka sobie gra”.

Rolki po papierze toaletowym poprzecinaliśmy na dwie mniej więcej równe części. Powstałe pierścienie połączyliśmy ze sobą w taki sposób, by stworzyły nam “planszę” o rozmiarach 4 pierścienie na 4 pierścienie.

 

Następnie zabraliśmy się za stworzenie kart pomocniczych. Rozrysowaliśmy na nich dokładnie taki sam układ pierścieni, jaki wcześniej stworzyliśmy z rolek. Następnie sięgnęliśmy po kolorowe pompony. Z ich pomocą (oraz przy wsparciu kredek) na kolejnych kartach pomocniczych powstały wzory, kolorowe ułożenia pomponów, które w odpowiedni sposób będzie należało odwzorować na planszy.

Pierwszy wariant gry polegał na odwzorowaniu ułożenia pomponów przy użyciu pęsety, to wszystko w ściśle określonym czasie. Okazało się, że z pozoru proste zadanie wcale takie nie jest. Raz, że obsługa pęsety do łatwych nie należy, dwa, że trzeba się nie lada skoncentrować, by w odpowiednie pierścienie kolorowy pompon włożyć. Dzięki tej zabawie doskonalimy nie tylko sprawność manualną, ale również umiejętności matematyczne (liczenie, orientacja przestrzenna).

W drugim wariancie zabawę nieco utrudniliśmy. To druga osoba opisywała osobie układającej na planszy pompony odpowiednie ich położenie.

Trzeci sposób zabawy postanowiliśmy ograniczyć do prób delikatnego rzucania pomponików w odpowiednie pola planszy. Pęseta poszła w odstawkę, a my z ogromną radością i w wielkim skupieniu koncentrowaliśmy się na tym, z jaką siłą “wyrzucić” niewielką, bawełnianą kuleczkę, by trafiła we właściwe “okno”.

Stworzenie własnej gry, a następnie wymyślanie wariantów zabaw z nią to nie tylko dobra zabawa dla całej rodziny, to również wielopłaszczyznowe stymulowanie rozwoju naszych pociech. Czy warto w taki sposób się bawić? Jak najbardziej!

My zachęcamy Was przeogromnie – mamy nadzieję, że z naszego doświadczenia skorzystacie, a może sami wymyślicie coś swojego.

Jeśli tak. Koniecznie Waszymi pomysłami podzielcie się z nami!

Ciecz nienewtonowska raz jeszcze…

Co jakiś czas staramy się wracać do “starych”, sprawdzonych już wcześniej, aktywności. Tak było i tym razem, kiedy uziemieni przez niesprzyjającą pogodę w domu “zabijaliśmy” czas zabawami z cieczą nienewtonowską.

Ciecz nienewtonowska nazywana również płynem nienewtonowskim, to niesamowita substancja, która w zależności od siły z jaką na nią działamy zachowuje się albo jak ciecz, albo ciało stałe.

Tę niesamowitą substancję stworzyć można w niezwykle prosty sposób w warunkach domowych. Wystarczą dwie szklanki mąki ziemniaczanej i około 1 i 1/4 szklanki wody. Mąkę powoli wsypujemy do wody, mieszamy, a gdy uzyskamy substancję o konsystencji przypominającej gęstą farbę możemy rozpocząć naszą zabawę…

 

Delikatna ciastolina domowej roboty

Plastelina, ciastolina, modelina, wszelkiego typu masy plastyczne to zdecydowanie najatrakcyjniejsza aktywność dla moich (i nie tylko moich) dzieciaków. Kiedy więc nadarza się okazja, by móc wypróbować nieznany nam dotąd przepis na jedną z nich – próbujemy!

Ponad rok temu odkryliśmy nowy sposób na niezwykle delikatną ciastolinę, jednocześnie bardzo prostą w wykonaniu. Od tamtej pory co jakiś czas do niej powracamy.

Wystarczy połączyć mąkę kukurydzianą z odpowiednią ilością odżywki do włosów. Składniki łączymy w proporcji 2:1 (dwie porcje mąki na jedną porcję odżywki), mieszamy i już po chwili możemy cieszyć się wspaniałą zabawą.

W przypadku naszej zabawy obyło się bez barwników, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by masę barwnikami spożywczymi zabarwić. Ozdobić ją można również brokatem.

Co Wy na to? Spróbujecie wykonać podobną?

Skrzynko – puffa. Zrób ją sam.

Po raz pierwszy wpis o skrzynko – puffie opublikowaliśmy na łamach bloga w 2014 roku, to wtedy też powstała pierwsza z naszych skrzynek, których najczęściej do dekoracji pokoju dziecięcego używaliśmy. Wraz z przeniesieniem naszej przestrzeni na swój własny serwer przyszła pora na delikatne odświeżenie wpisu naszych działań związanych ze skrzynkami.

 

Mamy to szczęście, że dziadkowie dzieciaków mają spory strych i jeszcze większą stodołę, w której to zakamarkach kryje się mnóstwo skarbów. Jakiś czas temu odkryliśmy w niej szpulę, zmienioną przez nas na stolik kawowy (o tym w innym wpisie), kilka dni później w nasze ręce wpadła drewniana skrzynka…

Planów na jej zagospodarowanie było wiele. Miała zostać skrzynką na dziecięce zabawki, taką na kółkach, co to ostatnimi czasy popularnością w sieci się cieszy, kiedy jednak zgodnie z dzieciakami ustaliliśmy, że w ich kącie brakuje siedziska/pufy pomysł na skrzynię skarbów został odrobinę zmodyfikowany.

Przygotowaliśmy:

– drewnianą skrzynię

– farbę do drewna (bezzapachowa i bezpieczna dla dzieci Śnieżka Supermal sprawdziła nam się rewelacyjnie)

– pędzel

– papier ścierny (drobnoziarnisty)

– pilniki (pod ręką znalazły się takie do metalu, jednak i przy drewnie zdały one egzamin)

– dwa zawiasy, śruby do ich wkręcenia oraz śrubokręt

– płyta o wymiarach skrzynki z przeznaczeniem na wieko

– gąbka tapicerska o wymiarach w/w płyty

– skrawek tkaniny do obicia płyty

– taker stolarski i zszywki tapicerskie.

Realizację naszych założeń rozpoczęliśmy od delikatnego przeszlifowania skrzyni papierem ściernym. W następnej kolejności zabraliśmy się za jej pomalowanie.

Po pomalowaniu skrzynki pierwszą warstwą farby raz jeszcze przeszlifowaliśmy ją papierem ściernym oraz pilnikami, w miejscach, gdzie było to konieczne. Następnie pokryliśmy ją drugą warstwą farby. Po wyschnięciu całości dokręciliśmy do skrzynki zawiasy i wieko. Wewnętrzną część pokrywy pomalowaliśmy również na kolor skrzynki.

Na pokrywę skrzyni nałożyliśmy warstwę ok. 5 cm gąbki tapicerskiej, całość obłożyliśmy wybraną do obicia tkaniną. Materiał umocowaliśmy po wewnętrznej stronie wieka przy pomocy takera i zszywek tapicerskich.

W ten oto sposób powstała skrzynio – pufa, która jednocześnie będzie pełniła rolę skrzynki na zabawki oraz siedziska dla moich pociech.

Do skrzyni domontowaliśmy na sam koniec cztery niewielkie koła, by ta stała się nieco bardziej mobilna.

 

 

Jak zachęcić malucha do podjęcia prób samodzielnego ubierania się?

Jakiś czas temu jedna z mam zapytała mnie czy wraz z moimi dziećmi znamy i polecamy zabawki, które po pierwsze rozwijałyby umiejętności manualne najmłodszych, po drugie zachęciłyby dziecko do podejmowania prób samodzielnego ubierania i rozbierania się.

Nim do konkretnych przykładów zabaw ubraniowych przejdę wspomnieć powinnam, iż samodzielne ubieranie się to nie lada wyzwanie dla malucha. Naprawdę nie łatwo jest się nauczyć tych wszystkich – pozornie łatwych – magicznych sztuczek: suwaków, guzików zapięć czy wiązań. Dlaczego nie łatwo? Chociażby dlatego, że młodsze dzieci, choć pełne zapału, dosyć szybko się niecierpliwią i równie szybko się frustrują, gdy coś im nie wychodzi.

Nim zajmiemy się ubieraniem samego siebie dobrze więc z dzieckiem poćwiczyć nie tak sprawne jeszcze dłonie, by odrobinę sprawności i nowych umiejętności przed podejmowaniem “prawie dorosłych prób” ubierania się nabrały.

Na rynku pojawiło się sporo pomocy związanych pośrednio bądź bezpośrednio z tematyką ubioru, zdaję sobie też sprawę, że to co zadziała na jedno dziecko, na inne niekoniecznie, dlatego proszę miejcie świadomość tego, że to co polecam, o czym pisze ma najczęściej subiektywny charakter (chyba, że zaznaczę w tekście, że jest inaczej). Wracając jednak do tematu aktywności ubiorowych – wierni pozostawaliśmy kilku pomocom i choć z ubieraniem samego siebie z każdą chwilą radziliśmy sobie coraz lepiej (dziś nie mamy z tym praktycznie problemu) od czas do czasu do poniżej zaprezentowanych aktywności zdarza nam się wracać, chociażby w zabawie.

DREWNIANE PUZZLE – MISIE

Wymieniona przez nas układanka posiada wiele wariantów, my wybraliśmy ten z dwoma osobnymi pudełkami: z misiem dziewczynką oraz z misiem chłopcem. Maluch podczas zabawy misiami może wykazać się swoją pomysłowością co do przygotowywania strojów misia zestawiając ze sobą szereg różnych możliwości. Na plus zasługuje też fakt, że na pyszczkach ubieranych przez nas misiów pojawiają się różne miny, różne emocje, których sposobów wyrażania smyk uczy się dzięki misiom rozpoznawać.

UKŁADANKA Z DZIEWCZYNKĄ I CHŁOPCEM

Układanka oparta na podobnych zasadach, jak wyżej wspomniane misiowe puzzle.

MAGNETYCZNA KSIĄŻECZKA

Tutaj zadanie malucha polega na dopasowaniu postaciom z książeczki strojów na każdą okazję. Dzielna dziewczynka w kilka chwil przemienia się w kosmonautkę, wesoły chłopczyk – za sprawą nosa, śmiesznej czapki i ogrodniczek w klauna. Utrudnienie polega na tym, że stroje wobec tych wyżej wspomnianych, drewnianych, uległy miniaturyzacji. Tym samym też nasze ruchy podlegają większej precyzji.

DREWNIANE MYSZKI DO UBIERANIA

Kiedy maluchy doskonale radzą sobie z płaskimi elementami układanek czas przejść o jeden poziom wyżej i zająć się formami przestrzennymi, do tych należą właśnie pokazane drewniane myszki oraz…

LALKA SIS INDIANKA SNOOZEBABY

Sis Snoozebaby nie jest zwykłą lalką przytulanką, to lalka którą łączy w sobie kilka niezwykle istotnych, wpływających na rozwój malucha cech. Po pierwsze kolorowe, o różnych fakturach, metki, w które Sis została przyozdobiona zapewniają dobrą zabawę już najmłodszym maluszkom, rozwijając przy tym zmysł wzorku, dotyku oraz koordynację wzrokowo – ruchową. Co więcej metki podobnie jak smoczek mogą dziecko wyciszyć, przynieść mu ukojenie.

Po drugie Sis doskonale sprawdza się podczas ćwiczeń motorycznych niewielkich rączek, a to za sprawą podejmowanych prób rozbierania i ubierania lalki.

Po trzecie sama lalka wykonana jest z miękkich, przyjaznych dziecku, materiałów (co istotne długość metek nie przekracza 4 cm, więc nie stanowią one niebezpieczeństwa dla najmłodszych) . Czegóż wymagać więcej od lalki, która jako przytulanka towarzyszką dziecięcych zabaw oraz kompanem na czas nocy ma spore predyspozycje się stać.

W naszym przypadku się stała!

A uśmiech córci i skupienie w oczach, kiedy przebiera swoją przyjaciółkę niech będą najlepszą oceną wspomnianej.

A gdy u malucha pojawi się zainteresowanie oraz chęć podjęcia czynności samodzielnego ubierania się i rozbierania:

  1. Postaraj się zarezerwować na to chwilę, kiedy masz czas. Nie ma nic gorszego, niż próba odbyta w pośpiechu, lub wtedy gdy dziecko jest znudzone czy śpiące.
  2. Zacznij od zakupu prostej do ubioru odzieży. Na początku najlepiej sprawdzają się luźne bluzki i i spodnie na gumkę. Jeśli masz córeczkę, rozważ zakup łatwych w ubiorze sukienek lub spódnic na gumkę. W przypadku skarpetek zaopatrz dziecko w takie, które mają wgłębienia na pięty, aby uniknąć frustracji.
    Możesz również kupić ubranie o nieco większym rozmiarze, które ułatwi ubieranie się.
  3. Zachęcaj pociechę do pokazywania nowej umiejętności tak często – jak to możliwe. To z pewnością utrwali naukę, zaś pochwały rodziny zebrane za zapięcie sweterka są dla malca dodatkową motywacją.
  4. To w czym pociecha pojawi się następnego dnia w przedszkolu przygotujcie dnia poprzedniego (wieczorem). Niech smyk sam podejmie decyzję co to ma być. Nie dawaj jednak dziecku zbyt dużego wyboru, gdyż poczuje się zagubione. Lepiej zapytaj, pozwalając na dokonanie wyboru: „Wolisz czerwony sweterek, czy ten w kwadraty?”.
  5. Jeśli na dworze jest chłodno, a dziecko za nic w świecie nie chce założyć kurtki, zamiast ubierać mu ją na siłę, powiedz: “Dziś na dworze jest dość chłodno. Może na wszelki wypadek weźmy kurtkę ze sobą “. Gdy owieje Was zimny wiatr, maluch prawdopodobnie ubierze się bez protestu.

Jeśli jednak jest bardzo zimno, nie negocjuj. Powiedz np: “Bez kurtki nie możemy wyjść na spacer i nie pobawimy się na śniegu”.

  1. Nie wydawaj rozkazów („Załóż szalik!”), tylko daj maluchowi wybór („Wolisz czarny czy zielony?”).
  2. Maluch bardzo późno uczy się rozróżniać prawą stronę od lewej w związku z czym ma również trudności z dopasowaniem butów na nogi.
    By pomóc dziecku prawidłowo ubierać buciki stawiaj je przed dzieckiem w taki sposób by były one ułożone prawidłowo. Co więcej możesz wytłumaczyć dziecku, że rzepy lub klamry z jego bucików zawsze powinny znajdować się po zewnętrznej stronie. Niektórzy rodzice na wewnętrznej stronie buta rysują obrazki i tłumaczą dziecku, że jak ubiorą buciki rysunki powinny się ze sobą stykać w środku.
  3. Syn bądź córka nauczy się szybciej odróżnić przód od tyłu jeśli ubranko będzie miało nadruk tylko z przodu, a nie z każdej strony. Wyjaśnij również malcowi, że większość ubrań posiada metki w tylnej części.
  4. Jeśli spotykasz się z silnym oporem podczas ubierania się wprowadź system punktowy: za każdorazowe ubranie się dziecko dostaje punkt, a za uzbieranie określonej ich liczby jest wymieniany na nagrodę.
  5. Kiedy płacz i bunt nie ustają, sprawdź czy nie istnieje przyczyna zewnętrzna takiego zachowania – może buty faktycznie są już za ciasne, metki bluzeczki czy spodni drapią, a sweter ma zbyt ciasny ściągacz.
  6. Pamiętaj, że liczy się efekt – spodnie założone tyłem do przodu czy skarpetki nie do pary to szczegół . Ważne, że Twój dzielny maluch dokonał tego sam!

Powodzenia!

 

Na Dzikim Zachodzie czyli wizyta Westernowym Miasteczku TWINPIGS w Żorach

Tak właściwie to spory kawałek czasu minął odkąd zamieszkałam w Poznaniu. Mieście tylko pozornych sprzeczności, mieście idealnie łączącym to, co stare i nowe, mieście pełnym zieleni, wreszcie mieście z mnóstwem atrakcji oraz ciekawych wydarzeń.

Pochodzę ze Śląska, z miejscowości, która najczęściej kojarzy się z kopaniami, węglem i niestety brudem. Od lat obserwuję moje rodzinne miasto, widzę jak się zmienia, jest coraz bardziej zielone, ma też coraz więcej do zaoferowania zarówno jego mieszkańcom, jak i przyjezdnym.

 

O tym, że Śląsk i jego okolice stają się coraz bardziej atrakcyjne pisałam już kilkukrotnie wspominając chociażby o Zabytkowej Kopalni Guido, Zagrodzie Żubrów w Pszczynie, Ogrodach Kapias, Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach, Chorzowskim ZOO, czy Leśnym Parku Niespodzianek w Ustroniu.

 

I tym razem pozwolę sobie wspomnieć Wam o atrakcji, która mieści się w topowych pozycjach przewodników atrakcji śląskich, a która wczoraj kompletnie niespodziewanie skradła i nasze serca.

 

Raczej nie planujemy naszych wypadów z dużym wyprzedzeniem, najczęściej okazuje się, że najfajniejsze i najciekawsze miejsca odwiedzamy przypadkiem. I tym razem równie spontanicznie wyruszyliśmy na wyprawę, której celem stało się westernowe miasteczko położone nieopodal naszej wakacyjnej miejscówki.

Żorski TWINPIGS Westernowy Park Rozrywki, bo o nim dziś opowiedzieć Wam zamierzam, to jeden z kilku śląskich parków rozrywki.  Przyznam szczerze, że po wczorajszej wizycie w nim póki co, parki i inne atrakcje odwiedzane przez nas wcześniej zeszły na dalszy plan…

TWINPIGS to miejsce  wystylizowane na niewielkie miasteczko rodem z Dzikiego Zachodu. Na głównej ulicy (Main Street) atrakcji przyjrzymy się zabudowie w iście amerykańskim stylu z minionych lat: szkółka niedzielna, bank, saloon, biuro szeryfa razem z celą więzienną, strzelnica, ogródek farmera to tylko część propozycji dla odwiedzających.

Zabudowa dopracowana w każdym calu robi spore wrażenie. Przechadzający się po kowbojskim miasteczku “aktorzy” – pracownicy atrakcji – dodają odwiedzonemu przez nas miejscu jeszcze więcej “smaczku”.

 

Kolejną część atrakcji miasteczka stanowią karuzele znajdujące się na terenie parku. Wirujące beczki (Karuzela Whiskey), koło młyńskie Far Fest (te możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej),  mini rollercoaster – Family Coaster, czy Karuzela Trapera to wyzwania zarówno dla nieco mniejszych, jak i dużych. To, o czym wspomnę ponownie za moment to fakt, że każda z karuzel dostępna jest w cenie biletu i z każdej z nich można korzystać ile się chce. Mini rollercoasterem jechaliśmy kilka razy, za każdym razem schodząc z karuzeli i ponownie ustawiając się (na nasze szczęście) w niewielkiej kolejce.

Na miejscu dostępna jest również ogromna przestrzeń zabawowa z mnóstwem drewnianych gier, zwierzyniec oraz kolejka wąskotorowa i usytuowane nad trasą kolejki Leśne Molo.

Dla najmłodszych tuż przy wejściu dostępna jest też strefa zabaw z dmuchańcami, hydroatrakcjami oraz płuczką złota.

Przyznaję, że frajdę z odnajdywania „grudek złota” wśród rzecznego żwiru miałam równie wielką, jeśli nie większą niż dzieciaki. Obawiam się, że tzw. gorączka złota zapewne w tamtych czasach dopadłaby mnie (o zgrozo!) z pewnością.

Atrakcją TWINPIGS są również kina. Trzy z nich to obiekty 5D (przy czym seans w “Batyskafie”, a szczególnie seans w “Tajemniczym Podziemiu” polecam widzom o mocnych nerwach, nie zdradzę tu więcej szczegółów, ale moje dzieciaki z seans w “Tajemniczym Podziemiu” dzielnie przetrwały zamykając oczy, za to seans w kinie 5D mieszczącym się tuż za bramą widoczną na poniższym zdjęciu podobał się im tak bardzo, że gdybym tylko na to się zgodziła obejrzałyby go kilkukrotnie), jedno z kin to kino 360 stopni (obraz wyświetlany jest na sklepieniu kuli – podobnie jak ma to miejsce w planetariach).

Na terenie parku o określonych porach odbywają się różnego typu pokazy: ujeżdżania koni, tańca kowbojskiego, zabawna inscenizacja napadu na bank, czy też pokaz umiejętności kowbojskich. W całym parku znajdziemy plakaty informujące nas o pokazach oraz o miejscu ich prezentacji. Warto korzystać z atrakcji parkowych tak, by i w pokazach wziąć udział.

Park w swej ofercie ma również bogate zaplecze kulinarne. Restauracja, kawiarnia, grill bar, saloon z pysznym amerykańskim jedzeniem – jest w czym wybierać. W restauracji, w której się stołowaliśmy (Old West) dostępne było również menu dziecięce oraz wegańskie.

To co zdecydowanie działa na plus parku to fakt, iż blisko 40 atrakcji dostępnych są w cenie biletu (kina, karuzele, przejażdżki konne, pokazy, parki linowe, obcowanie ze zwierzakami, itp.).

Podczas naszego zwiedzania tylko nowo otwarta strzelnica oraz przejażdżki na tzw. segway’ach były płatne.

Może nieco mniej oczywistym dla niektórych, ale równie ważnym aspektem (szczególnie kiedy podróżuje się z dzieckiem) jest fakt, iż na terenie całego parku dostępne są toalety (w tym też pokoje dla matki z dzieckiem). Odwiedzaliśmy już obiekty, w których zwracaliśmy z połowy drogi, by z toalety móc skorzystać, tu na szczęście nie będzie takiej konieczności.

 

Tak jak już wspomniałam na terenie woj. śląskiego parków rozrywki jest wiele, jestem jednak zdania, że Westernowy Park Rozrywki TWINPIGS to miejsce wyjątkowe, zdecydowanie warte odwiedzenia. Wczorajsza wizyta w w/w miejscu pomogła się nam przenieść w czasy, które do tej pory znaliśmy i podziwialiśmy tylko na ekranach telewizorów i kin.

Przyjemnie było choć przez chwilę móc poczuć się nieco inaczej. Pomogła nam w  tym również wizyta w fotograficznym studio miasteczka, w którym zostaliśmy wystylizowani na damy oraz kawalera z tamtych lat…

Myślę, że każdy z odwiedzających znajdzie tu coś dla siebie. Każdemu z naszej czwórki spodobało się tu coś innego, każde z nas jednak opuściło TWINPIGS, po blisko 6 godzinach, z ogromnym uśmiechem na twarzy.

Po naszej wczorajszej wizycie w Żorach emocje jeszcze nie opadły, tym bardziej gorąco Wam żorskie westernowe miasteczko polecamy!

 

Jeśli się tam wybierzecie, koniecznie dajcie znać jak było!

 

Więcej informacji o cenach oraz atrakcjach TWINPIGS znajdziecie na stronie www KLIK

 

 

 

 

 

 

Spotkanie z Pszczyńskimi Żubrami

„Pozwólcie przedstawić sobie: Pan Żubr we własnej osobie. No, pokaż się, żubrze. Zróbże minę uprzejmą, żubrze” /Jan Brzechwa/

I pokazał się nam, nawet nie jeden a kilka. Czy zrobiły uprzejmą minę pewności nie mamy, jednak sama możliwość obcowania z tymi dostojnymi zwierzętami sprawiła nam wiele radości.

Ostatni raz byłam tu ponad 20 lat temu… Dwa lata temu, w czasie wakacji, razem ze swoimi pociechami zafundowałam sobie powrót do przeszłości. Z samego rana spakowaliśmy się*  i wyruszyliśmy ku przygodzie…

Odwiedziliśmy Muzeum Zamkowe w Pszczynie oraz Zagrodę Żubrów. Mam wrażenie, że Muzeum Zamkowe nic a nic się nie zmieniło. Jest równie piękne i dostojne, co kilkadziesiąt lat temu. Choć jednak nie – dostrzegłam jedną niewielką różnicę – tym razem wydało mi się trochę mniejsze, chociaż to akurat może być spowodowane faktem, że kiedy byłam tu ostatnim razem miałam kilkadziesiąt centymetrów mniej.

Po zwiedzaniu Zamku w Pszczynie udaliśmy się na spacer po pobliskim parku, który – mimo iż początkowo tego nie planowaliśmy – doprowadził nas do Pokazowej Zagrody Żubrów.

W zagrodzie można zapoznać się ze zwyczajami nie tylko żubra, ale również poznać inne zwierzęta zamieszkujące tereny południowej Polski: muflony, jelenie, sarny, daniele oraz pozostałych mieszkańców obiektu: kaczki krzyżówki, kazarki rdzawe, bernikle, gęsi łabędzionose, łabędzie oraz pawie indyjskie…

Żubry można podziwiać tu z bliska (zza ogrodzenia) bądź z tarasu widokowego (dzięki windzie dostępny jest on również dla wózków). Najliczniejszą grupę “polskich bizonów” spotkamy w zagrodzie w godzinach, w których zwierzęta są karmione (dlatego dobrze sprawdzić godziny karmienia przed odwiedzeniem zagrody, można tego dokonać na stronie internetowej obiektu).

Na terenie zagrody znajduje się również obiekt muzealno – edukacyjny, w którym między innymi przyjrzeć możemy się postaciom zwierząt (eksponaty), czy też poznać żubrze historie (film 3d).

Zwiedzanie zamku oraz odwiedziny w zagrodzie żubrów zakończyliśmy wizytą w pobliskich Ogrodach Pokazowych Kapias.

Tę praktycznie całodniową wyprawę polecamy wszystkim, którym dłuższe spacerowanie nie straszne i którzy czerpią sporo przyjemności z obcowania z przyrodą.