Leśny Park Niespodzianek

Bielik to nie orzeł, zaś sowy wcale nie wydają z siebie dźwięku “huuu huuu”, a skrzeczą prawie jak papugi, co więcej te niezwykle ciekawe, a jednocześnie tajemnicze ptaki nie śpią w dzień i nie polują tylko i wyłącznie w nocy. Posiadają one za to długą, prawie łabędzią szyję, która dzięki gęstemu kołnierzowi piór nie jest widoczna, potrafią także usłyszeć bicie serca myszy z ponad 7 metrów, latają praktycznie bezszelestnie.

W ramach jeszcze jednej ciekawostki dodam, że ptak, który zagrał słynną sowę Harrego Pottera – Hedwigę był samcem, a nie samicą.

Te i dziesiątki innych, często zaskakujących, faktów mieliśmy okazję poznać i jednocześnie potwierdzić podczas naszej pierwszej (z trzech) wypraw do Leśnego Parku Niespodzianek w Ustroniu.

Ta z kolei miała miejsce blisko 4 lata temu.

Po raz pierwszy o Leśnym Parku Niespodzianek usłyszałam dobry rok temu. Na facebookowym profilu jednej ze znajomych zobaczyłam zdjęcia jej córki biegającej wśród zwierzaków. Urzekły mnie załączone fotografie i radość w oczach małej, która biła od dzieciaka znajomej na kilometry.

Od tamtej pory planowałam, że przy bliższej okazji wspomniane miejsce odwiedzimy. Plany udało się nam zrealizować szybciej niż byśmy tego się spodziewali. W jeden sobotnich poranków sierpnia 2014 roku wyruszyliśmy ku przygodzie.

Tuż po przekroczeniu bram parku powitali nas jego najodważniejsi mieszkańcy – kozy.

Tak, dobrze widzicie, witające nas zwierzęta po parku chodzą luzem i do tego można je karmić kupioną w kasie parku karmą (mieszanka ziaren zbóż i suszonych warzyw). Poza kozami swobodnie biegającymi mieszkańcami parku są również alpaki, daniele oraz muflony.

4

Zafascynowani zwierzętami towarzyszącymi nam w zwiedzaniu podążyliśmy dalej. Przyglądaliśmy się leśnym zwierzętom z bliska, bardzo bliska – dziki, sarny, jelenie, żubry, szopy, żbiki, jenoty, ptaki drapieżne i sowy to tylko część z menażerii zamieszkującej to miejsce.

W trakcie spaceru po parku warto poświęcić pół godziny, by wziąć udział w pokazie lotów ptaków drapieżnych i kolejne pół godziny w pokazie lotów sów.

W sokolarni spotkać można wiele gatunków ptaków drapieżnych. Dla nas loty prezentowali między innymi bielik amerykański imieniem Regan, orzeł aguja – Sheala, myszołów Bianka, o ile dobrze pamiętam to również kania ruda oraz któryś z sokołów.

Pokaz pozwala na przyglądnięcie się latającym ptakom z  bliska. Ptaki unoszą się wysoko na niebie, choć zdarza im się też przelecieć pomiędzy publicznością. Czasami tak blisko, że skrzydło bielika Regana strąciło córce kapelusz z głowy.

Osoba prowadząca pokaz, w jego trakcie dzieliła się z nami dziesiątkami informacji na temat latających właśnie ptaków, a czyniła to w sposób tak ciekawy, że zapamiętywaliśmy w mig wszystkie kolejno wypowiedziane fakty.

W drodze z sokolarni do sowiarni towarzyszyła nam ścieżka edukacyjna zakończona budynkiem Centrum Edukacji Przyrodniczo Leśnej.

W sowiarni również czeka na nas gro ciekawych informacji przedstawionych w niezwykle interesujący, czasem wręcz żartobliwy sposób. Podczas pokazu dowiedzieliśmy się, że sowy wcale nie śpią w dzień i nie polują tylko i wyłącznie w nocy.

Sowy polują wtedy, kiedy nadarzy się ku temu okazja,  czy to dzień czy noc, owszem zdarza im się polować nocą, ale to dlatego, że wtedy konkurencja jest mniejsza (ptaki drapieżne śpią) i często łatwiej zdobyć posiłek.

Sowy wcale nie wydają z siebie dźwięku “huu huu”, co zaprezentował nam przepięknie puchacz o imieniu Vergill. Sytuacja, która uświadomiła nam nasze braki w wiedzy była dosyć zabawną… Prowadzący zwrócił się do uczestników pokazu:

– Powiedzcie mi jak robi sowa?

Na co wszyscy zgromadzeni, wręcz chóralnie odrzekli:

– Huuu huuu!

Po czym zwrócił się do puchacza:

– Vergill jak robi sowa?

Sowa zaskrzeczała do mikrofonu, prawie jak papuga.

Pan zwrócił się więc ponownie do tłumu:

– No to jak robi sowa?

Tłum odpowiedział:

– Huu huuu!

– Vergill pokaż Państwu raz jeszcze jak robi sowa.

Puchacz ponownie zaskrzeczał.

Podczas pokazów poznaliśmy niewielkich rozmiarów płomykówkę Tytusa, wspomnianego już puchacza Vergilla, a także sowę śnieżną o imieniu Jadźka.

Skąd informacja, że filmowa bohaterka filmu Harry Potter była samcem? Samice sowy śnieżnej nie są tak śnieżnobiałe, jak sowa – aktor. Są nakrapiane czarnymi plamkami, zaś samce są właśnie dużo bielsze.

Przyglądaliśmy się prezentowanym sowom, wsłuchiwaliśmy się w opowieści o nich, by po zakończeniu pokazu udać się w dalszą drogę.

Park przygotował dla najmłodszych zwiedzających dodatkową atrakcję w postaci alei bajek, w której to można przyglądnąć się postaciom z popularnych opowieści, a także wysłuchać ich historii…

oraz ogromny, pełen atrakcji, plac zabaw.

Po ponad czterech godzinach spędzonych w Parku, zobaczeniu wszystkiego co zobaczyć można było, poznaniu wielu nowych faktów z życia zwierząt oraz krótkiej zabawie na placu zabaw postanowiliśmy wracać.

Miejsce, które odwiedziliśmy zauroczyło nas kompletnie, dlatego, kiedy nadarzy się ponowna okazja do jego odwiedzenia zapewne tu wrócimy.

ADRES:

Leśny Park Niespodzianek ul. Zdrojowa 16 – Ustroń

CENY BILETÓW (indywidualnych):

dorośli: 28 zł w tygodniu, 32 zł  w weekend

dzieci: 22 zł w tygodniu, 24 zł w weekend

woreczki karmy są dodatkowo płatne (kupiliśmy dwa woreczki, które po 15 minutach się nam skończyły, następny razem kupimy ich więcej)

NA CO WARTO ZWRÓCIĆ UWAGĘ:

Należę do osób przewidujących, dziecko plus dzikie zwierzęta nie zawsze muszą iść w parze. Wybierając się na wyprawę spakowałam ze sobą środek odkażający i zapas plastra. Maluchom czytałam uważnie ostrzeżenia umieszczone na parkowych wybiegach (dzikie zwierzę może ugryźć). Nie każdy z rodziców jest tak przewidujący. Kiedy para młodych opiekunów zapatrzona w siebie schodziła z góry, ich synek zdążył włożyć rękę za ogrodzenie jeleni szlachetnych, dorodny byk ugryzł malucha. Rana nie wyglądała najgorzej, ale opatrzenia wymagała – posłużyliśmy pomocą.

Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, by dziecko przed zwiedzaniem do kontaktu ze zwierzętami przygotować oraz by na taką wyprawę zabrać ze sobą apteczkę (zresztą ta towarzyszy nam w każdej podróży).

 

 

Perplexus – niesamowity labirynt 3D zamknięty w kuli

Lubimy rozwiązywać wszelkiego typu łamigłówki, przepadamy za krzyżówkami, cieszą nas wizyty w tzw. escape room’ach. Satysfakcja z dobrze rozwiązanego zadania jest ogromna, warta każdego – umysłowego i nie tylko – wysiłku włożonego w jego rozwiązanie.

Labirynty to także nasz konik, poczynając od tych tworzonych w polach kukurydzy, po te przygotowywane przez nas z użyciem klocków, czy tektury i plasteliny.

Ponieważ moje pociechy osiągnęły już słuszny wiek, jak to oni mawiają, są już “prawie młodzieżą” postanowiliśmy pójść o krok dalej.

Z początkiem czerwca w nasze ręce trafiła niezwykła kula. Przeźroczysta figura – Labirynt Perplexus Rookie od Spin Master, w której to zamknięty jest dosyć skomplikowany labirynt 3D (jak podaje producent o długości 5m!). Manewrując przezroczystą „piłką” gracze poruszają jednocześnie mała stalową kulką wewnątrz niej. Wybór odpowiedniej drogi w tym trójwymiarowym, przeczącym grawitacji, świecie nie jest prostą sprawą. Pośród wielu dróg, ukrytych jest aż 70 wyzwań, które dążąc do wygranej należy pokonać/przejść/przeturlać się po nich.

Zorientowanie się w jaki sposób obracać kulą i jakie zasady rządzą zamkniętym w niej labiryntem nie tylko będą doskonałą zabawą, ale również wspaniałym, rozwijającym umysł ćwiczeniem. Perplexus Rookie (czyli tzw. Debiutancki Etap) to gra niesamowita.

Labiryntowe wyzwanie poza dobra zabawą wspiera również rozwój małego gracza, kształtując liczne jego umiejętności: sprawność motoryczną – precyzję ruchów, koordynację wzrokowo – ruchową, cierpliwość oraz wyobraźnię przestrzenną, wzmacnia także koncentrację oraz pomaga się wyciszyć i zrelaksować.

Nasza wersja Perplexus’a to tzw. Rookie – wersja dla początkujących. Kula zbudowana jest tu z cienkiego, przeźroczystego tworzywa, co tylko ułatwia podglądanie naszych manewrów. „Przeźroczysta piłka” otoczona jest pierścieniem, który na myśl przynosi pierścienie Saturna – ten z kolei nie jest tylko ozdobą, gdyż pomaga on w zapewnieniu jeszcze pewniejszego chwytu gry, w trakcie manipulowania.

Wielkość łamigłówki wydaje się idealnie dobrana zarówno dla mniejszych jak i większych dłoni – jest bardzo lekka i łatwo się nią obraca. Żaden z członków naszej rodziny nie miał z tym problemu.

W środku zobaczyć możemy żółto – biało – szary labirynt.

Co trzeba zrobić, by udało się pokonać nam perplexus’ową zagadkę?

Wystarczy konsekwentnie trzymać poziom, nie rozpędzać za bardzo kulki i nie pogubić się w labiryncie, a rozwiązanie przyjdzie samo. Oczywiście utrzymanie odpowiedniej równowagi, nie rozpędzanie kulki okazuje się łatwe jedynie w teorii. Pamiętajcie jednak, że najważniejsze to nie zrażać się i konsekwentnie dążyć do celu, a przede wszystkim traktować to jako świetną, rozwijającą zabawę.

Pisząc o Perplexus’ie powinnam Was ostrzec – wyzwania Perplexus’a uzależniają, po pierwszym przejściu wracamy do niego, rozwiązujemy szybciej i intensywniej, za każdym razem jakby odrobinę inaczej…

Model, którego wyzwanie udało nam się podjąć i zrealizować gorąco Wam polecamy, gwarantujemy, że będziecie się dobrze z nim bawić!

My zaś rozglądamy się już za kolejnym, odrobinę bardziej rozbudowanym.

Sposób na kolorową koszulkę (DIY)

Moda letnia rządzi się swoimi prawami. W opinii znawców ubrania letnie tego sezonu miały zachwycać intensywnością barw i bogactwem wzorów, miały przy tym również zwracać na siebie uwagę.

Choć mam wrażenie, że my i moda to dwie nie do końca pasujące do siebie sprawy, to jednak czasami swoją twórczością zahaczamy i o nią.

W jeden z pięknych letnich dni zabraliśmy się (choć tak właściwie to zabrała się za nie córka) za kolorowe, iście letnie, nadruki koszulkowe.

By móc do projektanckiej pracy przystąpić przygotowaliśmy:

– biały t-shirt,

– kartkę brystolu formatu A3,

– klamerki,

– kolorowe mazaki (nie do tkanin),

– spryskiwacz z wodą.

Koszulkę zabezpieczyliśmy od wewnątrz brystolem, upięliśmy ją po bokach klamerkami i za namalowanie kolorowych wzorów się zabraliśmy. A kiedy już koliste cuda powstały, intensywnie spryskaliśmy je wodą.

Wszystko po to, by po wyschnięciu t-shirta móc podziwiać taki oto efekt.

I jak Wam się podoba?

 

Wrocławskie Afrykarium czyli efekt WOW!

Efekt WOW dopadł całą naszą rodzinę ponad 4 lata temu i  póki co wciąż trwa. Trwać pewnie będzie tak długo, jak długo na zdjęcia i filmy wspominające tamtejszą oraz kolejne (bo w ciągu tych 4 lat opisywane miejsce odwiedziliśmy kilkukronie) wyprawy spoglądać będziemy.

Efekt wow – czyli cała masa niezwykle pozytywnych emocji i wrażeń. Zachwyt, fascynacja, radość, mnóstwo uśmiechów, zdziwienie oraz chęć pogłębiania wiedzy – to wszystko zafundowała nam wycieczka do wrocławskiego Afrykarium.

Wrocławskie Afrykarium to wyjątkowe miejsce, w którym podziwiać możemy pięć biotopów Czarnego Lądu, które to z kolei zamieszkuje aż 200 gatunków zwierząt, głównie ryb. Wyjątkowość nietypowego oceanarium sięga dalej, gdyż obiekt ten sam w sobie jest unikatowy na skalę światową – skupia się wyłącznie na faunie i florze Czarnego Lądu.

To wreszcie miejsce, gdzie w otoczeniu 15 mln litrów wody i 4500 gatunków roślin żyją ryby morskie i słodkowodne, w tym rekiny, płaszczki, strzępiele i pielęgnice, a także zwierzęta związane z wodą i Afryką – hipopotamy, krokodyle, mrówniki, golce i pierwsze w kraju manaty.

O naszych wyprawach do wrocławskiego ZOO i Afrykarium mogłabym pisać i pisać, jednak pewna jestem tego, że żadne słowa nie są w stanie oddać pięknych obrazów, które w Afrykarium zobaczyć można. Dlatego nie przedłużam i zapraszam Was do oglądania…

A gdyby ktoś z Was Afrykarium miał zamiar odwiedzić – polecamy poniedziałki. Wtedy za bilet rodzinny (2 osoby dorosłe i maksymalnie 3 dzieci) zapłacimy najmniej.

Więcej o Afrykarium – KLIK

 

 

Dzieci odkrywają Śląskie. Wyprawa inspirowana przewodnikiem.

Lada chwila minie trzynaście lat odkąd zamieszkałam w Poznaniu. To spory kawał czasu spędzony przeze mnie w stolicy wielkopolski.

Pochodzę ze Śląska, tu się urodziłam, tu wychowałam. To właśnie w południowej części kraju spędziłam większą część swojego życia i do tej części Polski pałam największą sympatią.

Kopalnia dobrej zabawy

Jeszcze do niedawna Śląsk kojarzono przede wszystkim z kopalniami oraz z dużą ilością zanieczyszczeń. Na szczęście ten wizerunek powoli odchodzi w zapomnienie. O tym, że Śląsk ma nam naprawdę dużo do zaoferowania, w tym również dzieciom, pisałam już kilkukrotnie. Okazuje się (co mnie bardzo cieszy), że nie tylko ja jestem takiego zdania. Autorzy bloga Podróże Hani od dawna prezentują śląskie atrakcje w sieci. Jakiś czas temu zebrali je wszystkie by mogły się one ukazać w  przewodniku, który pokazuje, że Śląskie to skarbnica dobrej zabawy, pełna atrakcji i miejsc wartych zobaczenia.

Znane – nieznane

Wydawało mi się, że całkiem sporo wiem o otoczeniu swojego rodzinnego miasta (z premedytacją używam tu czasu przeszłego), tymczasem przewodnik zaskoczył mnie co najmniej kilkoma, jeśli nie kilkunastoma nowinkami. Korzystając z okazji, że to właśnie na Śląsku spędzamy wakacje postanowiliśmy z “Dzieci odkrywają Śląskie” skorzystać.

A korzystać jest z czego, bo publikacja na 96 stronach mieści aż 21 rozdziałów z opisami śląskich miast i miasteczek oraz znajdujących się w nich atrakcji dla dzieci, również tych mniej znanych, wskazówki co do noclegów, gastronomii, a także przydatne adresy.

Pierwsza z przewodnikowych niespodzianek

Jakieś 45 km od Katowic znajduje się miasto, którego jedna z atrakcji stanowi przestrzeń idealną zarówno dla małych, jak i dużych. Jest tam pięknie, kolorowo, spokojnie, cicho (przynajmniej do momentu, w którym wspomnianego nie opanują dzieciaki). Goczałkowice Zdrój i mieszczące się w nich Ogrody pokazowe Kapias to magiczne miejsce.

Ogrody – jak podaje przewodnik – powstały z miłości i pasji do kwiatów. Państwo Kapias, chcieli pokazać, co można ”wyczarować” ze sprzedawanych w ich centrum roślin.

W ten oto sposób powstał 4 ha ogród podzielony na wiele tematycznych części. Znaleźć tu można ogród wiejski, letni, zimowy, tajemniczy, zmysłów, romantyczny, japoński, śródziemnomorski i wiele innych ciekawych zakątków.

O najmłodszych gościach ogrodów również pomyślano. Dla dyspozycji dzieciaków jest całkiem spory plac zabaw z ogrodowym domkiem, tyrolką, piaskownicą, zjeżdżalniami, itp.

Na terenie ogrodu znajduje się również kawiarnia, w której można zjeść przepyszne lody (nasz faworyt to limonka z miętą i porzeczka ze śmietanką) oraz restauracja, w której zjeść możemy coś konkretniejszego.

Wybraliśmy się do Ogrodów Kapias w środku tygodnia, dlatego mieliśmy przyjemność cieszenia się praktycznie pustymi alejkami opisywanego miejsca. Zajrzeliśmy – dzięki temu – do każdego ich zakątka,  zakosztowaliśmy gry w szachy czy bule, podziwialiśmy również ogrodowy krajobraz z tamtejszego tarasu widokowego.

To pierwsza z naszych wypraw, do której zainspirował nas przewodnik “Dzieci odkrywają Śląskie”, biorąc pod uwagę fakt ile wrażeń nam dostarczyła, z całą pewnością nie ostatnia!

Ogrody pokazowe Kapias i co dalej?

O Ogrodach Kapias dowiedzieliśmy się dzięki “Dzieci odkrywają Śląskie”, spróbujecie zgadnąć, jakie jeszcze miejsca (wcześniej nam nieznane) odkrył przed nami przewodnik?

Czy to na pewno dla mnie?

Jeśli nie jesteś pewien czy przewodnik i Tobie mógłby się przydać. Nie jesteś pewna/pewien, czy Śląsk to miejsce dla Ciebie i Twojej rodziny, a może wręcz odwrotnie jesteś pewna/pewien, że śląska ziemia niczym Cię już nie zaskoczy –  spróbuj zastanowić się na tym, czy wiesz, że:

– w Bielsku-Białej działa Prywatne Muzeum Literatury im. Władysława Reymonta?

– w kilku miejscach na Śląsku w ciągu godziny można nawdychać się takiej ilości jodu jak w ciągu 3 dni nad morzem?

– w Świnnej na Żywiecczyźnie pasjonaci nauki swoimi prostymi, acz niezwykle efektownymi eksperymentami mogą zawstydzić naukowców z Centrum Nauki Kopernik?

– w Gliwicach działa Muzeum Techniki Sanitarnej?

– w Cieszynie można oglądać budowlę, którą na co dzień trzymacie w portfelu?

– na zboczu góry Żar jest TO MIEJSCE, czyli punkt, w którym nie działa grawitacja?

– z jednej zapałki można wyrzeźbić prawdziwe dzieło sztuki? I w dodatku zobaczyć je… w Częstochowie?

– jest miasto, w którym w ciągu jednego dnia można najpierw znaleźć się na Dzikim Zachodzie, a potem prześledzić historię ludzkości i… ognia?

– Katowice to jedno z najbardziej zielonych miast w Polsce?

– jedna ze śląskich kopalni już niedługo może znaleźć się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO?

Jeśli choć na jedno z tych pytań odpowiedź była negatywna, przewodnik z całą pewności Ci się przyda.

Przewodnik “Dzieci odkrywają Śląskie” – w wersji drukowanej  oraz pdf  – zakupić można TUTAJ, do czego serdecznie zachęcamy.

 

 

Letnie orzeźwienie – przepis na pyszny i zdrowy koktajl owocowo – warzywny

Wakacje to czas, kiedy ciepło dodaje nam tyle energii, że sił na jedzenie jakby mniej. Częściej schładzamy się wodą i innymi napojami, niż zapychamy czymś konkretnym.

Sporo już czasu temu odkryliśmy przepis na na przepyszny – warzywno – owocowy napój/koktajl. Idealny na upalny czas.

Składniki niezbędne do stworzenia koktajlu:

– dwa banany

– sok z 1 limonki

– liście szpinaku

– szklanka 100% soku jabłkowego.

Całość miksujemy w blenderze, aż do osiągnięcia gęstej, aczkolwiek płynnej konsystencji.

Może wygląda nie za ciekawie, ale jest naprawdę dobry, a przy tym zdrowy. Na zdrowie!

 

Na Szrenicę z dzieckiem? Dlaczego nie!

W połowie 2014 roku, a więc kilka dobrych lat temu wzięliśmy udział w organizowanym przez PTTK konkursie “Turystyczna rodzinka”. Jakiś czas później, jako jedną z niewielu rodzin, wyróżniono nas nagrodą w postaci weekendowego pobytu w schronisku na Hali Szrenickiej.

Skrzętnie przygotowywaliśmy się do wyjazdu – mapa, przewodnik, lista niezbędnych rzeczy, sprzęt potrzebny w górach, właściwe obuwie, ubiór oraz plecaki, w które całość można zapakować. Dzieciaki aktywnie włączyły się we wspólne przygotowania.

Gdy nastał dzień wyjazdu – spakowaliśmy się – i wyruszyliśmy ku przygodzie. Zdecydowaliśmy, że podejmiemy próbę samodzielnego podejścia na Szrenicę. Według opowieści znajomych, którzy jak się później okazało na szczyt wjeżdżali kolejką, podejście miało nie być bardzo męczące i przede wszystkim możliwe do zdobycia przez dzieci (ówczesne 5-latki). Pełni sił oraz entuzjazmu ruszyliśmy ku górze. Po  drodze mieliśmy chwilę zwątpienia, szczególnie gdy kilka osób mijanych na szlaku wątpiło w powodzenie naszej wędrówki. Komentarze: “O Boże! A Państwo z dziećmi! Podziwiamy odwagę!” słyszeliśmy na szlaku kilkukrotnie.

Z tego miejsca pozdrawiamy serdecznie pana spod Wodospadu Kamieńczyka, który nastraszył nas tak bardzo przed dalszą wędrówką, że aż posiłkowaliśmy się telefonem do schroniska z zapytaniem, czy w razie kryzysu ktoś ze schroniska mógłby po nas przyjechać. (Tu należą się podziękowania dla obsługi schroniska, bo nie dosyć, że zaoferowali nam już na starcie wsparcie, to przez kolejne trzy dni goszczono nas po królewsku, w  warunkach, których nie powstydziłby się niejeden hotel. Wiem, wiem, że nie o to chodzi, a jednak schronisko na Hali Szrenickiej pokazuje, że można).

Na szczęście wyprawa ratunkowa nie była potrzebna. Po 5 godzinach wędrówki, w tym kilku…nastu przerwach na regenerację dotarliśmy na Halę Szrenicką.

Tego dnia pozwoliliśmy sobie na dłuższy spacer w okolicy hali, natomiast dzień później po dodatkowej godzinie marszu zdobyliśmy szczyt Szrenicy.

Wyprawa w góry okazała się niesamowitą, aczkolwiek, wyczerpującą przygodą. Wszystko to, co udało się nam w górach zobaczyć wynagrodziło jednak wszelkie zmęczenie…

Już teraz planujemy kolejne górskie wyprawy, choć mamy nadzieję skupić się na nieco “lżejszych szklakach”, zapowiadają się więc wakacje, a może i rodzinne ferie w górach?

Kilka dobrych rad dla osób wybierających się na Szrenicę:

– do Szklarskiej Poręby dojechaliśmy samochodem. Zaparkowaliśmy na parkingu strzeżonym, który jak się okazało strzeżony był tylko w godzinach 8:00 – 16:00. Później to już samowolka. Żeby być choć odrobinę spokojniejszym, gdy zostawiamy samochód na parkingu – tak jak my – na kilka dni proponujemy wziąć numer telefonu od obsługi parkingu. Zawsze można następnego dnia zadzwonić i zapytać czy z pojazdem wszystko ok.

– zadbajcie o dobre obuwie (Wasze i dzieciaków). Spora część trasy (szczególnie ta prowadząca do Wodospadu Kamieńczyka) to dosyć nierówne, wystające kamienie. W zwykłych butach sportowych poczujecie każdy z łbów kamieni na stopie. Dzieciaki zaopatrzone w buty trekingowe nawet nie jęknęły, że coś jest nie tak.

– wybierając się w góry z dzieckiem – szczególnie latem – nie zapomnijcie o posmarowaniu maluchów kremem z filtrem, nakryciu głowy dla dzieci oraz wodzie (nie wspominam tutaj o zmiennej, górskiej pogodzie, więc warto wziąć ze sobą ubrania na różną pogodę).

– wiecie, że od dłuższego już czas dostępna jest aplikacja RATUNEK od GOPR. Wystarczy zainstalować ją w smartfonie, by w razie potrzeby móc z niej skorzystać. Aplikacja ta jest zintegrowana z numerem ratunkowym w górach 601 100 300, połączenie powinno zostać wybrane automatycznie. Dodatkowo w trakcie działania aplikacja wysyła SMS do dyżurnego GOPR-u z informacją o Twojej lokalizacji. Oczywiście GPS musi być włączony, jeśli nie będzie to aplikacja wyświetli stosowną prośbę.

– z Hali Szrenickiej na szczyt Szrenicy prowadzą dwie drogi – jedna bardziej stroma – wybrukowana kamieniami, druga – ubita/”gruntowa” – prowadząca tuż obok Końskich Łbów – mniej stroma i mniej wyboista. Idzie się nią odrobinę dłużej, ale jest to zdecydowanie łagodniejsze podejście. Właśnie to wybraliśmy z dziećmi.

– Na Szrenicę ze Szklarskiej Poręby wjechać bądź zjechać można również wyciągiem krzesełkowym, ten kursuje w wyznaczonych godzinach (tylko do godziny 16:00).

– ponieważ stąd to zaledwie “krok” do naszych południowych sąsiadów, warto pamiętać o zabraniu dla dzieci paszportu bądź dowodu tymczasowego.

CENY ( na rok 2015):

– parking “Pod Wodospadem Kamieńczyka” – 40 zł (za dwie pełne doby)

– Wodospad Kamieńczyk – czynny 9 – 17 – cena 5 zł bilet normalny, 2,5 ulgowy (nasze dzieciaki w wieku 5 lat zwolnione od opłaty).

– opłata za wstęp do Karkonowskiego Parku Narodowego – jednodniowa normalna 6 zł, trzydniowa normalna 15 zł (nasze dzieciaki w wieku 5 lat zwolnione od opłaty).

– wyciąg krzesełkowy 2-osobowy na Szrenicę (ze Szklarskiej Poręby). Składa się z dwóch części, w połowie drogi konieczna jest przesiadka. Podróż na górę/w dół trwa ok. 30/40 minut i kosztuje 28 zł. Wyciąg działa codziennie w godz. 9-16.00.

 

Dziękujemy PTTK za cudowną przygodę!

Kolorowe papugi – kreatywne wakacje z Kidea

Dzieciaki rozpoczęły wakacje, ja z kolei odliczam dni do mojego urlopu już na palcach tylko jednej ręki. Podobnie jak w minionych latach i w tym roku odwiedzimy moje rodzinne strony. W oparciu o nie postaramy się zorganizować całą masę atrakcji.

Nim jednak na podbój południowej części naszego kraju ruszymy, postanowiliśmy się skupić na lokalnych rozrywkach.

W kwietniu bieżącego roku w jednej z galerii poznańskich swoje drzwi dla zwiedzających otworzyła Papugarnia Kakadu, wtedy też odwiedziliśmy ją po raz pierwszy. Zafascynowani niezwykle kolorowym miejscem i możliwością obcowania w minioną sobotę odwiedziliśmy ją po raz kolejny. I choć efekt wow za drugim razem był już nieco mniejszy, tak czy siak wciąż pod wrażeniem kolorowych ptaków pozostajemy.

Ponieważ temat papug u nas wciąż na topie, od rozmów do działania postanowiliśmy przejść.

Przygotowaliśmy:

– kartkę białego bloku technicznego

– ołówek

– nożyczki

– dwie słomki do napojów (jedna nieco szersza od drugiej)

– kawałek taśmy klejącej oraz kawałek taśmy dwustronnej

– pisaki Kidea – KLIK

– kredki bezdrzewne Kidea – KLIK

– kredki wykręcane Kidea – KLIK

Zabraliśmy się za działanie.

Kartkę zagięliśmy na pół…

Narysowaliśmy na jednej ze stron kartki kształt papugi, który następnie wycięliśmy i pokolorowaliśmy z użyciem pisaków i kredek…

Gotowe, kolorowe papugi, przykleiliśmy do szerszej słomki (z jednej strony “zamkniętej”- zaklejonej)…

Tym oto sposobem powstały dwie kolorowe papugi. Gotowe papugi, jak na ptaki przystało, potrafią latać – wystarczy nałożyć je na węższą słomkę i  z odpowiednią siłą dmuchnąć w nią.

O właśnie tak…

Papugi ślizgały się po naszym stole urządzając najprawdziwszy papuzi wyścig, jednocześnie ucząc dzieciaki dawkowania odpowiedniej ilości powietrza w słomkę (ćwiczenia oddechowe). Nasze papugi mogą również latać w powietrzu. Wykonują wtedy całkiem sporo zabawnych, papuzich ewolucji.

Jak Wam się podobają nasze kolorowe ptaki?

Skusicie się, by wykonać podobne?

 

Wpis powstał przy współpracy z marką Kidea.

O szyciu, życiu i czasie spędzanym razem z dziećmi…

Zdarza się Wam czasem zatrzymać gdzieś w biegu i złapać myśl: „gdzie ten świat tak pędzi?”

Najczęściej na co dzień nie uświadamiamy sobie tego, że nie wiedzieć kiedy i dlaczego bierzemy udział w zwariowanym wyścigu. Biegniemy, ścigamy się, przepuszczamy przez palce ważne chwile, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co najważniejsze.

Od czasu mojego powrotu do obowiązków zawodowych chwil, które w pełni mogłabym poświęcić swoim pociechom z dnia na dzień jest coraz mniej. Mam czasem wrażenie, że wyszarpuję ich fragmenty z każdego dnia, tak by móc stworzyć z tego jakoś sensowną całość. Czasem myślę, że to wszystko nie tak powinno być, jednak po chwili biorę się w garść, by sprawić, by owe momenty spędzone razem były czasem jak najbardziej wartościowym.

Co robimy, by spędzać czas razem, a nie tylko obok?

Jednym z naszych sposobów na spędzanie czasu razem jest dzielenie się swoimi pasjami.

Nie zdziwi to chyba nikogo, że bardzo lubimy wszelkiego rodzaju aktywności plastyczne, choć im jesteśmy starsi sięgamy też częściej po inne działania.

Od dłuższego już czasu dzieciaki przyglądały się moim poczynaniom związanym z szyciem. Nie jestem profesjonalistką, nie radzę sobie z wszystkimi wykrojami, ale najprostsze rzeczy uszyć potrafię. Moja maszyna kusiła ich bardzo, więc pod bacznym okiem pozwoliłam im na podejmowanie prób prawie samodzielnego szycia.

Nie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Za każdym razem obawiałam się palców przeszytych przez igłę lub też dłoni uszkodzonych przez  maszynową„stopkę”.

Nie raz przekonałam się o tym, iż najciekawsze, najlepsze i najsensowniejsze rozwiązania najczęściej przychodzą same. Kiedy więc po raz kolejny wstrzymywałam oddech z obawy o paluchy córki i syna rozwiązanie znalazło się samo. Prezent z okazji Dnia Dziecka okazał się idealnym rozwiązaniem dla rwących się do szycia kilkulatków i bojących się o palce dzieciaków matki.

W nasze ręce trafiła maszyna do szycia Spin Master Cool Maker.

Choć prezent tuż po rozpakowaniu wywołał efekt wow, postanowiliśmy wstrzymać się nieco z jego oceną, ochłonąć i na spokojnie podzielić się z Wami naszymi przemyśleniami.

Po blisko miesięcznym testowaniu na sposoby wszelakie ze śmiałością stwierdzić możemy, że maszyna Cool Maker okazała się być bezpiecznym (w pełni zabezpieczone „stopka” i „igła”) prezentem doskonałym. Solidnie wykonana, w pięknych, soczystych kolorach już samym swoim wyglądem zachęca do sięgnięcia po nią. Na jej korzyść przemawia również całe mnóstwo akcesoriów dodatkowych załączonych do zestawu (sznurki, włóczki, różnego rodzaju tkaniny, gotowe szablony do uszycia mini poduszek, itp.).

Nowe, turkusowo – różowe cudeńko szybko nas przekonało do siebie.

Choć urządzenie to nie do końca szyje, tak jak towarzysząca nam wcześniej „dorosła” maszyna, nie ma jednak najmniejszego problemu, by z jego użyciem połączyć załączone do zestawu tkaniny.

Tkaniny przypominające w dotyku cienki filc łączą się same ze sobą, inne tkaniny najlepiej łączyć z użyciem sznurka przypominającego włóczkę.

By obcować z  maszyną Cool Maker nie potrzebne są żadne umiejętności krawieckie. Wystarczy włączyć maszynę, wcisnąć przycisk i rozpocząć tworzenie.

Zostanie małą krawcową prawdopodobnie nigdy nie było tak łatwe.

Z pomocą maszyny w rękach mojej latorośli w mig powstały poduszeczki oraz gumka do włosów. Bez problemu poradziłyśmy sobie również z córką ze stworzeniem pomponów. Maszyna posiada do tego specjalną dokładkę.

Niepozorny upominek zafundował nam mnóstwo wspólnej, kreatywnej zabawy. Projektowanie, samodzielne szycie wzorów dało moim pociechom coś jeszcze. Zabawa tego typu rozwija dziecięcą wyobraźnię, zdolności manualne, wspomaga rozwój koordynacji wzrokowo-ruchowej, a także zmysł estetyki, że nie wspomnę już o tym, iż wreszcie mogę spokojnie złapać oddech nie przejmując się tym, co stanie się z palcami moich dzieciaków.

Myślicie, że i Waszym pociechom spodobałoby się “szyciowe” spędzanie wspólnego czasu?

 

 

Poznaj z nami Poznań i okolice: Park Orientacji Przestrzennej

Szewcowi bez butów zdarza się chodzić…

Choć do szewca mi daleko, a w powyższym stwierdzeniu niekoniecznie o dosłowność chodzi, dziś przekonałam się, że brak obuwia szczególnie, kiedy jest się jakieś dzieścia kilometrów od domu to nic miłego.

Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że moje baleriny nie wytrzymały. Intensywność dzisiejszego dnia, dającego się we znaki upału oraz przebytych kilometrów solidnie wykończyły i nas. Summa summarum skończyło się na tym, że z butem na jednej nodze oraz cholewką bez podeszwy na drugiej (to tak dla zachowania pozorów) wylądowałam w najbliższym sklepie obuwniczym.

Cóż takiego robiliśmy, że moje buty ucierpiały?

Spędziliśmy jeden z najbardziej intensywnych dni w ostatnim czasie. A wszystko to za sprawą odkrycia miejsca, o którym tak naprawdę niewielu wie. Park Orientacji Przestrzennej w pobliskich Owińskach (gmina Czerwonak) to wyjątkowy kompleks. To przede wszystkim przestrzeń służąca rehabilitacji i rewalidacji osób z dysfunkcją wzroku (Park działa przy Ośrodku Szkolno – Wychowawczym dla Osób Niewidomych), to również niezwykłe miejsce, pełne nowych doświadczeń oraz dobrej zabawy, dla osób (takich jak my) spoza Ośrodka.

Park urządzono tak, by niewidome i słabowidzące dzieci mogły oswajać się z dużym miastem bez wychodzenia poza jego teren. Biblioteka dźwięków, odtworzenie architektonicznych modeli rzeczywistych miejsc oraz cała masa przyrządów dydaktycznych (zabawki dźwiękowe, równoważnie, huśtawki, tory przeszkód, itp.) skutecznie to ułatwiają.

Z tych ostatnich, odwiedzając Park jako gość indywidualny, korzystać można do woli. Bez oporów, a także bez ograniczeń (no może poza ograniczeniami dotyczącymi bezpieczeństwa) więc użytkowaliśmy:

– sprężynowe bujaki:

– najróżniejsze karuzele badające, a jednocześnie i usprawniające nasz zmysł równowagi,

– wszelkie mosty i mosteczki,

– zjazd tyrolski,

– trampoliny,

– gniazda na wysokościach zawieszone,

– urządzenia dźwiękowe (grający most),

– ścianki wspinaczkowe,

– oraz wszelkie inne sprzęty do zabawy (i nie tylko) służące…

Zaś na koniec, by odrobinę odsapnąć odwiedziliśmy tutejszych mieszkańców oraz uroki ogrodu przynależącego do Parku, stylizowanego na barokowy, podziwialiśmy…

Park Orientacji Przestrzennej to przepiękne, barwne i niezwykle atrakcyjne miejsce. Co powiecie na fakt, że cała masa tutejszych atrakcji dostępna jest za równe zero złotych?

Dokładnie tak! Wystarczy tylko wybrać się tutaj w odpowiednim czasie (wtedy, kiedy akurat nie odbywają się na jego terenie zajęcia dydaktyczne), by zafundować maluchowi całą masę atrakcji, na przeżycie których – w innych miejscach – szanse byłby znikome.

To co – zamierzacie odwiedzić Park w Owińskach? My na pewno już niebawem ponownie się tam wybierzemy.

W dni powszednie:

Dla turystów indywidualnych w godzinach 9.00-11.00

Dla grup zorganizowanych (wymagana telefoniczna lub mailowa rezerwacja)

W soboty:

Dla turystów indywidualnych w godzinach 10.00-14.00

Dla grup zorganizowanych (wymagana telefoniczna rezerwacja)

W niedzielę i święta:

Park nieczynny

W okresie wakacji Park Orientacji Przestrzennej otwarty jest dla gości indywidualnych od poniedziałku do niedzieli w godzinach 8.30-15.00.