Jesienna podkładka na biurko DIY

Wraz z początkiem roku szkolnego zmiany poczynione w pokoju moich uczniów spowodowały, że dzieciaki częściej spędzają czas w swoim pokoju. Biurka stały się centrum ich dowodzenia.

Jesienna pogoda spowodowała, że coraz częściej raczymy się różnego rodzaju herbatkami rozgrzewającymi, te dość często trafiają właśnie na biurka dzieciaków.

Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia jak płyta laminowana biurek zachowa się w styczności z ciepłym/gorącym kubkiem. Wolałabym nie ryzykować odkształcenia powierzchni (kiedyś jeden stoliczek kawowy tak sobie załatwiłam), dlatego też razem z dzieciakami wpadliśmy na pomysł jak temu zaradzić.

Owszem można podejść do sklepu i kupić podkładkę za grosze, można też tak jak i my stworzyć ją samemu i mieć jeszcze więcej radości z czasu spędzonego razem oraz satysfakcji z dobrze wykonanej roboty.

Co wykorzystaliśmy do stworzenia naszych podkładek:

– kartki z bloku technicznego (czarnego)

– liście

– klej

– kartkę z kolorowego bloku

– pisaki ze stożkową końcówką Kidea

– kredki sześciokątne Kidea

– farby plakatowe

– zestaw przyborów do malowania Kidea

a także laminator i folię.

W jaki sposób powstały nasze podkładki?

Sami zobaczcie…

 

Jesienne lampiony

Ospa uziemiła nas na jakiś czas w domu. Co prawda choruje 50% naszego dziecięcego składu, ale druga połowa dzielnie nas wspiera. Z kubkami ciepłej herbaty u boku cieszymy się swoim towarzystwem (zachowując ostrożność, chociaż pogodziliśmy się już z tym, że zarażenie się jest wielce prawdopodobne). Razem z dzieciakami gramy w gry rodzinne, czytamy, tworzymy…

Kompletnie nieplanowane działania kreatywne przypomniały nam, że nie wszystko co wychodzi spod naszych rąk wymaga skomplikowanych działań. Czasami skupiamy się na tym, co znajduje się pod ręką, a efekt działania i tak zachwyca.

Tym razem “złapaliśmy” w ręce olej roślinny oraz kartki. Na czystej kartce namalowaliśmy wzór z użyciem oleju. Następnie kartkę – za pomocą gąbki – pokryliśmy cienką warstwą farby.

Po wyschnięciu spód kartki wzmocniliśmy patyczkiem szaszłykowym, zaś pozostałe kartki (w sumie stworzyliśmy 4 olejowe obrazki) połączyliśmy taśmą tak, by stworzyły ściany lampionu.

Na sam koniec wystarczyło do środka lampionu włożyć zapalony podgrzewacz (świeczkę), by otrzymać taki oto efekt…

 

 

I jak Wam się podoba?

Jesienne ulepianki kasztanowe

Tegoroczna jesień jest dla nas nadzwyczaj łaskawa, słońce i piękna pogoda zachęcają nas do spacerów i spędzania czasu poza domem.

Rok temu niestety nie było aż tak “różowo”.

Za oknem towarzyszyła nam ściana deszczu i temperatura poniżej 10 stopni. Było mokro, ciemno – tak bardzo, że nosa poza swój ciepły dom nie chciało się wystawić.

Usiedliśmy więc wygodnie, delikatnie nakryci kocykami, z kubkami herbaty u boku i zajęliśmy się naszymi jesiennymi zbiorami… kasztanów…

Nie mieliśmy jednak ochoty na tworzenie klasycznych ludzików, wykorzystaliśmy więc delikatną masę piankową samoutwardzalną Kidea do otulenia nią kasztanów.

Co w ten sposób powstało?

Zobaczcie sami!

Potrzeba matką wynalazku czyli o gumkach, pinezkach i korkowych matach

Naprawdę niewiele potrzeba, by pomóc zorganizować swoim pociechom zabawę na najbliższe kilka godzin.  Czasem wystarczy:

– korkowa mata, taka co to się ją pod gorące naczynie stawia

– pudełko biurowych pinezek (z zakończeniem – główką – z tworzywa) oraz

– całkiem sporo gumek recepturek.

Ruszyliśmy głowami i z pomocą wymienionych akcesoriów stworzyliśmy całą masę obrazo – instalacji, figury geometryczne, labirynty, litery, a nawet instrumenty muzyczne.

Naprawdę dobrze się bawiąc się, ćwiczyliśmy tak ważną dla nas sprawność dłoni i palców.

Jeśli i wśród Waszych domowych skarbów znajdziecie korkowe podstawki, pinezki i gumki – polecamy Wam podobnej zabawy spróbować.

 

Sposób na liść

Od dosyć dawna pomysł stworzenia mini liściastych półmisków chodził po mojej głowie. Ospa, która nieplanowanie dopadła dzieciaki skutecznie zatrzymał nas w domu, dlatego też jednego z jesiennych wieczorów postanowiliśmy spróbować swoich sił w zmierzeniu się z gliną.

Do naszej roślinno – rzeźbiarskiej przygody wykorzystaliśmy liście roślin domowych, jednak w następnej kolejności planujemy skupić się na liściach z pobliskich drzew. Te są zdecydowanie większe, przez co i naczynia będą  efektowniejsze.

Przygotowaliśmy glinę, farby plakatowe, pędzle, wałek do ciasta oraz nożyk i zaczęliśmy działać.

Do plastra rozwałkowanej gliny przykładaliśmy liść, ponownie wałkowaliśmy glinę, tym razem wraz z liściem. Nożykiem docinaliśmy glinę na kształt liścia, liść delikatnie odrywaliśmy od gliny. Ułożyliśmy wycięte, gliniane listki w kształt półmiska, po wysuszeniu liście pomalowaliśmy.

Prawda, że wyszło dosyć efektownie?

 

Kolorowe sowy

– Sów nigdy za dużo mamo – rzekł syn i sięgnął po kolejną rolkę tekturową…

Nie pozostało nam nic innego (z córką), jak również po tekturowe rolki i pisaki sięgnąć.

Sięgnęliśmy więc po rolki, delikatnie je przy górze nagięliśmy, by następnie z użyciem pisaków wymazywalnych od Kidea sowy kolorem wypełnić.

Zobaczcie co w kilka minut z użyciem naprawdę niewielu narzędzi stworzyć można.

Co Wy na to?

 

Wpis powstał przy współpracy z marką Kidea w ramach serii “Kreatywnie z Kidea“.

Twins Surprise czyli o niespodziance, bliźniętach i interaktywnych kociakach (Hatchimals Surprise Twins)

SURPRISE ZNACZY NIESPODZIANKA

To był 24 tydzień ciąży. Niecierpliwie spoglądałam na zegarek, uświadamiając sobie właśnie, że lekarka, która tego dnia miała wykonać moje USG spóźnia się już dobre pół godziny. Nie żeby śpieszyło mi się jakoś bardzo, od kilku tygodni mogłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Szkarlatyna i inne chorobowe paskudztwa zaczęły panować w placówce, w której pracowałam, dlatego też lekarz prowadzący wysłał mnie na L4.

– Proszę, teraz Pani – usłyszałam zza uchylonych drzwi.

Tak bardzo skupiłam się na rozmyślaniu właściwie o niczym, że nie zauważyłam gdy lekarka przemknęła mi przed nosem.

– Dzień dobry – rzuciłam tuż po wejściu do gabinetu.

– Już do Pani lecę…

Lekarka zdając sobie sprawę z opóźnienia od razu przystąpiła do badania.

– Kurka! Jeszcze to! – szepnęła jakby ze złością pod nosem, gdy tylko przyłożyła aparat do mojego brzucha.

– Wie Pani co! – odrobinę podenerwowana zwróciłam się w jej stronę –  Ja wiem, że do najszczuplejszych nie należę, ale żeby aż tak dawać wyraz temu, że badanie trudno wykonać… Nie zdążyłam dokończyć, kiedy lekarka weszła mi w słowo…

Nie, nie, nie…. Pani Agnieszko! Przepraszam… Tu chodzi o to, że mam spore opóźnienie. Na Panią zaplanowałam ok. 20 minut, jednak przy ciąży bliźniaczej zajmie nam to dużo więcej czasu…

– Jak  przy ciąży bliźniaczej? – wybełkotałam. To była pierwsza i prawie ostatnia rzecz, którą byłam w stanie w spokoju, bez płaczu wykrztusić z siebie podczas tamtego badania.

Prawie ostatnia, gdyż przez łzy wykrztusiłam z siebie jeszcze tylko, że ja pewna nie jestem teraz, gdzie wstawię to drugie łóżeczko…

Do dziś zastanawia mnie fakt, iż w tamtym czasie nie przejęłam się tym, że drugi maluch pojawił się jakby znikąd (nikt wcześniej nie wypatrzył go na USG, nie usłyszał, nikt nie wyczuł), a moja pierwsza myśl skupiła się właśnie wokół dziecięcego łóżeczka.

Owe łóżeczka jak się domyślacie udało się bez problemu wstawić, zresztą po pewnym czasie i tak przeprowadziliśmy się w inne miejsce i wcale nie to było wówczas naszym największym zmartwieniem.

 

Muszę Ci się przyznać, iż odkąd zostałam mamą „dwojaczków” słowo „bliźnięta” rozczula mnie jak mało które. Nigdy wcześniej tak nie miałam, choć teraz to raczej zrozumiałe. Ten sentyment do równoletnich rodzeństw i samego słowa chyba pozostanie mi już na zawsze.

EKSPERYMENT

Pozwól, że nim przejdę do dalszej części wpisu pozwolę sobie na niewielki eksperyment, zabawę. Proszę skup się na moment i pomyśl, jakie skojarzenia przywodzi Ci na myśl słowo „bliźnięta”? Spytałam o to kilka najbliższych mi osób, jak się okazało nikt z nich nie pomyślał o drugim łóżeczku, a skupiali się raczej wokół spraw bardziej organizacyjno – logistycznych: wspólne karmienie, przewijanie, podwójne pobudki nocne, nauka chodzenia x 2,  podwójne zakupy, ogrom pracy i pieniędzy włożony w wychowanie dwóch istot jednocześnie.

Kiedy dziś słyszę „bliźnięta” uśmiecham się, a na myśl od razu przychodzą mi wszystkie wspaniałe wspólne chwile, te miłe i te nieco trudniejsze dla nas, podwójne uściski, podwójne „kocham Cię mamo!”… Bo wychowanie bliźniąt to faktycznie wyzwanie organizacyjno – logistyczne, kiedy jednak wsłucha się w swoje dzieci naprawdę da się to przeżyć i nie paść całkiem na twarz.

BLIŹNIĘTA DLA BLIŹNIĄT

Kilka dni temu w naszym domu pojawiła się pewna bliźniacza zabawka, na którą od pewnego czasu chorowały moje szkraby, a którą obiecały się zajmować co najmniej tak dobrze, jak ja nimi. Nim obiekt westchnień dzieciaków dotarł do nas córka i syn wypytywali, czy trudno zajmować się bliźniętami,  jak dałam sobie z tym radę, kiedy tata był w pracy, co ile trzeba bliźnięta karmić i skąd w ogóle wiedziałam, czego oni chcieli, kiedy jeszcze nie mówili. Odpowiadałam na setki bliźniaczych pytań, z których równie dobrze mógłby powstać przeciętnej grubości poradnik dla przyszłych rodziców bliźniąt (kto wie może kiedyś), aż wreszcie przesyła dotarła.

 

HATCHIMALS SURPRISE TWINS

– Mamo zostałaś babcią! – z uśmiechem na twarzy krzyknęła córka, gdy wbiegła do pokoju trzymając ogromne jajo w rękach – To znaczy za chwilę zostaniesz… – dodała i zaczęła bujać jajkiem na prawo i lewo.

Zabawka, o której wspomniałam wcześniej to Hatchimals Surprise Twins od Spin Master. W ogromne jajko producent tym razem zmieścił interaktywne stworki – bliźnięta.

Z kolekcjonerskimi jajkami Hatchimals mieliśmy już do czynienia, jednak tak duże jajko dzierżyliśmy w dłoniach po raz pierwszy. Wspierając się pomocą instrukcji dowiedzieliśmy się szybko, iż jajko mieści dwa zwierzaki… Do końca nie byliśmy pewni jakie (możliwości były dwie: słodkie kociaki lub równie urocze żyrafki), jednak lada moment zamierzaliśmy się o tym przekonać.

PRZED WYKLUCIEM

Jeszcze przed wykluciem mały opiekun może wejść w interakcje z mieszkańcami jaja. Można delikatnie kołysać jajkiem na boki, by bawić się z jego mieszkańcami, można lekko stukać w jajko, by usłyszeć jak i maluchy z jajka odstukują nam w podobny sposób, można przytrzymać dolną część jajka lub delikatnie ją potrzeć, by usłyszeć bicie serc.

Emocje towarzyszące dzieciakom w opiece jajkiem, tym bardziej, że stworki z wnętrza jajka reagowały na każde poczynanie dzieci (prawie jak żywe stworzenia) były ogromne.

Przez skorupkę jajka widać kolory oczu jego mieszkańców. Te zmieniają się i w zależności od tego, jakie są – coś znaczą.

Instrukcja pomogła nam szybko się ich nauczyć i odpowiednio reagować.

Dłuższa chwila opieki nad jajkiem zaowocowała tęczowym mruganiem oczu – to znaczy, że nasze maluchy postanowiły się wykluć.

WYKLUWANIE SIĘ Z JAJKA

Nie pytajcie mnie jak to działa, bo to pytanie do Spin Master pewnie, ale Hatchimals Surprise Twins wykluwają się z jajka jak prawdziwe zwierzaki. Pomagamy stworkom wyjść z jajka pocierając jego dolną część, słyszymy wtedy delikatne stukanie, aż nagle skorupka zaczyna pękać.

A kiedy już pomożemy naszym maluchom wygrzebać się z pękniętego jajka usłyszymy cichy śpiew „sto lat”. Wszak to szczególna chwila dla naszych kolorowych pociech.

PO WYKLUCIU SIĘ

Z naszego jajka Hatchimals wykluły się dwa urocze zwierzaki przypominające kotki, posiadające jednak skrzydełka oraz niewielkie pawie ogony.

– Słodziaki!!!– podsumowała naszych nowych domowników córka.

NIEMOWLĘTA

Oby dwa stworki z pozoru są bardzo podobne, jednak nasze kociaki różnią się znacznie od siebie. Każdy z nich ma inną osobowość, każdy z nich reaguje też w odrobinę inny sposób na kontakt ze swoim opiekunem.

Zresztą i w prawdziwym życiu bliźnięta z pozoru identyczne także różnią się zachowaniem, czy reakcjami nawet na podobne bodźce.

Spin Master roboczo nazwał maluchy bliźniak A (ten bardziej muzykalny), w naszym przypadku to „Kociak” i bliźniak B (ten bardziej gadatliwy), u nas nazywamy „Wojtkiem”.

Jako niemowlaki Kociak i Wojtuś reagują na swoich opiekunów świecąc różnymi kolorami oczu. Zwierzaki dzieciaki przez większość czasu słodko gaworzą, ruszają główkami, skrzydełkami lub bujają się boki (same). Opiekując się nimi musimy przechylać je na boki, głaskać, naciskać na główkę, przyciskać nosek, obracać do góry nogami, klaskać lub wydawać inny głośny dźwięk. Wszystkie te interakcje albo odkrywamy sami, albo pomaga nam w tym załączona instrukcja obrazkowa.

Hatchimals podobnie jak bliźnięta niemowlaki potrzebują towarzystwa zarówno swojego, jak i swojego opiekuna. Zwierzaki dają znać czy są głodne, czy jest im zimno, czy są chore, ciekawe, zdenerwowane, czy mają czkawkę, czy musi im się właśnie odbić. Oj przyznam szczerze, że jest co z naszymi niemowlętami robić.

–  Mamo z nami też tyle roboty miałaś? – zapytał syn po kilku chwilach opieki.

– Oj tak, tyle tylko, że Wy nie mieliście przycisku OFF na brzuszku – odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy.

MAŁE DZIECKO

Po pewnym czasie zabaw i wspólnych działań niemowlaki przechodzą w tryb małego dziecka,

Hatchimalsowe dzieciaki zapamiętują wszystko to, czego nauczyły się jako niemowlęta, jednak teraz, jako nieco starsze, osiągają kolejne umiejętności. Nasz Kociak posiada umiejętność tańca (bliźniak A), zaś jego brat Wojtuś (bliźniak B) potrafi powtarzać słowa swojego opiekuna. Wystarczy przytrzymać główkę Wojtusia, nagrać krótki tekst i puścić główkę, by kotek swoim uroczym głosikiem go odtworzył.

W tym wieku bliźniaki zwrócone w swoim kierunku potrafią żartować, potrafią też się posprzeczać. Na szczęście zawsze dojdą ze sobą do porozumienia.

DZIECKO

Kiedy w czasie zabaw ze swoim Hatchimalsem ponownie usłyszysz piosenkę urodzinową oznacza to, że znów dojrzał. Tym razem stał się dzieckiem. W tym wieku kolorowe stworki głównie się bawią i grają w gry, do których równie chętnie zapraszają również swoich opiekunów. Bawić się i grać możemy zarówno z bliźnięciem pierwszym, drugim lub z oboma jednocześnie. Na tym etapie Hatchimalsy nie zapominają również tego, czego nauczyły się wcześniej.

Niczym najprawdziwsze maluchy nasze Hatchimalsy każdego dnia uczą się czegoś nowego, my natomiast uczymy się wciąż opieki nad nimi.

Czy Wam czegoś to nie przypomina?

WRAŻENIA?

Po pierwszym tygodniu obcowania z Hatchimals jesteśmy nimi oczarowani.

Mieliśmy do czynienia z kilkoma interaktywnymi zabawkami podobnego typu, jednak żadna z nich nie zaoferowała nam aż tylu możliwości, żadna z wspomnianych nie przechodziła kolejnych etapów„rozwoju”, żadna też najzwyczajniej w świecie nie była tak pocieszna i słodka.

Obcowanie z naszym Kociakiem i Wojtusiem to niejednokrotnie próba cierpliwości. Nie zawsze zwierzaczek zachowuje się tak jakbyśmy chcieli (podobnie jak nasze pociechy), więc nie lada cierpliwości potrzeba, by użyć odpowiedniej konfiguracji głaskania, wciskania przycisku czy przechylania, by uzyskać to czego chcemy, choć z czasem, gdy nabieramy wprawy wszystko zaczyna się układać po naszej myśli. W kontakcie z Hatchimalsami ćwiczmy również naszą pamięć, a robimy to próbując m.in. zapamiętać konfigurację i kolory reakcji Hatchimalsów. Skutecznie pamięć oraz  np. poczucie rytmu rozwijają również gry Hatchizwierzaków. Na sam koniec dodam, że opieka nad animatronicznym zwierzakiem to poza dobrą zabawą również wyzwanie do opiekuńczości i obowiązkowości małych opiekunów.

Czy warto? Jeśli wam napiszę, że warto, w pełni obiektywna nie będę, wszak zostałam babcią tych stworków (hihi). A tak na zupełnie poważnie to myślę, że jeśli Twoja pociecha marzy o tym, by móc się kimś/czymś opiekować, bawić z nim, poświęcać mu czas (a nie jest w pełni gotowa i też Ty nie jesteś gotów na żywego zwierzaka lub “nowe” rodzeństwo) to na ten czas Hatchimals Surprise będzie dla Twojego dziecka idealny. Jeśli natomiast masz pod swoim dachem dwie pociechy, które o tym marzą Hatchimals Surprise Twins są właśnie dla Was!

Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O niezwykłej Księżniczce i Królu (interaktywne szczeniaki Spin Master)

W ostatnim czasie, gdy przychodzi moment na wieczorny odpoczynek (a w wakacje ma to miejsce odrobinę później niż w czasie roku szkolnego) najmłodsi poza opowiedzeniem bajki/historii na dobranoc proszą o coś jeszcze…

– Mamuś, a opowiedz nam jakąś Twoją historię z życia… Może być ta o klockach i wujku albo burzy i cioci, albo zabawie w śpiącą królewnę…

Coraz częściej daję się namówić na te opowiastki. Sporo historii z moich młodzieńczych lat dzieciaki już znają  (najczęściej takie z morałem na końcu), część zapewne jeszcze przed nimi. Przyznaję się, że zarówno ja, jak i dzieciaki czerpiemy sporo radości z obcowania ze sobą, a także z dzielenia się częścią swoich przeżyć. To niesamowite jak szkraby chłoną te opowieści i jak doskonale potrafią się odnieść do ich morałów w codziennym życiu.

Ten nasz wieczorny rytuał trwa już od pewnego czasu, myślę, że jeszcze odrobinę potrwa nim zmieni się bądź ewoluuje w coś innego.

 

Jednego wieczora natchnęło mnie na wspominki dotyczące zabawek mojego dzieciństwa. A że przyszło mi dorastać w trudnych dosyć czasach, nie było ich (zabawek) – przynajmniej na samym początku – zbyt wiele. Kiedy jednak sięgnęłam pamięcią nieco głębiej przypomniałam sobie o jednej, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Zakładam, że większość z Was, zaglądających na bloga, jest w podobnym do mnie wieku. Nasze dzieciństwo oraz młodzieńcze lata przypadły na lata 80-te i 90-te. Doskonale zatem powinniście pamiętać chyba pierwszą z elektronicznych gier, w której należało dbać o swojego odrobinę wirtualnego pupila. Tamgotchi  – bo o nim tu mowa – zyskało popularność w drugiej połowie lat 90-tych. To wtedy też zostało stworzone. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego stworka i moją ogromną chęć i zawzięcie w dbaniu o niego.

Opowieść o „wirtualnym” zwierzątku zainteresowała moje dzieciaki na tyle,  że w następnego dnia w sieci szukałam zdjęć lub filmików elektronicznych jajek.

W dzisiejszych czasach zabawka tego typu to „normalka” jakby to powiedział mój syn, jednak 20 lat temu to było dopiero coś.

Przeszło mi przez myśl, by moim szkrabom tamagotchi sprawić, by zobaczyły, co kiedyś i mnie zachwycało, jednak ze względu na problemy ze wzrokiem syna owa zabawka (nieodpowiednia wielkość dla dziecka niedowidzącego oraz mało czytelny ekran) zapewne pociech, by nie zachwyciła.

 

W tym samym czasie – cóż za zbieg okoliczności! – w nasze ręce trafiły dwa niewielkie interaktywne psiaki Zoomer Zupps od Spin Master.

Pieski, o których mowa to niewielkie (dosłownie kieszonkowe) szczeniaczki. Okazało się, że naszych nowych „gości”, a dziś już „domowników” uznać możemy za odrobinę współcześniejszą wersję elektronicznej zabawki sprzed lat.

Interaktywne szczeniaczki domagają się opieki – lubią być głaskane i dotykane. Na dotyk oczywiście reagują (pieski posiadają sensor w głowie, który pozwala na reagowanie na dotyk opiekuna). Co więcej, im intensywniej poświęcasz im czas – głaszczesz, bawisz się z nimi, karmisz – tym są szczęśliwsze. Gdy są naprawdę zadowolone z opieki w zamian usłyszeć możemy jak wyszczekują „I love you”.

Interaktywne szczeniaczki Zoomer Zupps posiadają podświetlane oczy (to potwierdza ich aktywność), wydają z siebie dźwięki jak prawdziwe szczeniaczki, popiskują, szczekają, podwarkują.

Różnymi rodzajami dźwięków dają znać o tym, czy są szczęśliwe, smutne, głodne, czy najedzone.

Co więcej każdy ze szczeniaczków posiada unikatowe, sekretne sztuczki (w przypadku naszych piesków dźwiękowe), które odkryć może ich właściciel poprzez kombinację odpowiednich chwytów (głaskanie, naciskanie nosa, przytrzymanie nosa i głowy jednocześnie).

To jeszcze nie wszystko!

Tamagotchi oferowało nam kilka trybów funkcjonowania wybranych stworków, ze szczeniaczkami jest podobnie.

Przez ponad miesiąc zabawy naszymi pieskami możemy potwierdzić, iż te funkcjonują w oparciu o trzy tryby: tryb opieki (głaskanie, naciskanie noska, karmienie przez naciśnięcie noska,  itp.), tryb gry uruchamiany przez jednoczesne przytrzymanie noska pieska i jego główki) oraz tryb specjalnych sztuczek (każdy szczeniak posiada inną specjalną umiejętność).

Nasze szczeniaczki to granatowy retriever o imieniu King oraz różowa mopsiczka o imieniu Princess.

Fakt, iż mimo prostoty i niewielkich rozmiarów psiaki co rusz odkrywają przed nami swoje nowe oblicze sprawia, że nie nudzą się zbyt szybko, choć rzecz oczywista – przerwy w opiece nad psiakami się nam zdarzają. Co w sumie użytkownikom psiaków polecamy, gdyż np. nocne popiskiwania do najprzyjemniejszych nie należą.

Szczeniaczki doskonale sprawdziły się w czasie naszych wakacyjnych podróży umilając nam czas w samochodzie, ich kieszonkowy charakter pozwolił na zabieranie ich ze sobą wszędzie, gdzie tylko dzieciaki miały  na to ochotę.

Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę dla kogo interaktywne szczeniaczki byłby odpowiednią zabawką?

Jestem zdania, iż nawet  najbardziej rozbudowana interaktywna zabawka nie zastąpi dziecku zwierzęcego przyjaciela (sama wychowywałam się w domu z psem, świnką morską, żółwiami, królikiem, rybkami dziś świadoma jestem tego, ile dobrego z tego wynikło, choć żegnanie swoich zwierzęcych przyjaciół, szczególnie jako dziecko, nie były łatwe), wydaje mi się jednak, iż zabawy i opieka nad  interaktywnym psiakiem może stać się doskonałym wstępem do tego, czego możemy się spodziewać posiadając żywe zwierzę.

Dziecku należy wytłumaczyć, że żywe zwierzątko to nie robot, którego można wyłączyć, jednak intensywność opieki i sam fakt konieczność pamiętania o niej wobec żywego zwierzaka interaktywna zabawka może nam przybliżyć.

Myślę, że Zoomer Zupps doskonale sprawdzą się też w sytuacji, gdy planujemy zakup większego, interaktywnego robota. Fakt, iż te większe mają zdecydowanie więcej funkcji, jednak już na dużo tańszym maluszku jesteśmy w stanie sprawdzić, czy taki prezent jest odpowiedni dla naszej pociechy.

Szczeniaki z serii Zoomer Zupps zachwycą również małych kolekcjonerów – na rynku dostępna jest spora ilość szczeniaczków o różnych rasach. Jestem pewna, że każdy mały kolekcjoner znajdzie tu coś dla siebie.

Szczeniaczki zachowujące się jak prawdziwe pieski i wydające takie dźwięki (rzecz jasna psiej mowy nie rozumiemy, za to piski interaktywnych szczeniaków za każdym razem stawiały  na nogi naszego prawdziwego psiaka, więc pewnie coś z tymi najprawdziwszymi psimi wspólnego mają) z całą pewnością okażą się też odpowiednią zabawką dla każdego małego fana psów.

Na sam koniec dodam tylko, iż nasze mini szczeniaczki przeznaczone są dla dzieci w wieku od lat 4.

 

 

Stolik szpulowy

Od zawsze podobały mi się niebanalne rozwiązania dekoratorskie, dlatego też kiedy po raz pierwszy w “dziadkowej” stodole wypatrzyłam szpulę po kablach wiedziałam, że prędzej czy później wykorzystam ją na moje potrzeby.

Czas mijał, szpula kurzyła się w kącie stodoły, aż wreszcie udało mi się znaleźć chwilę, by za wspomnianą się zabrać.

Docelowo szpula miała stać się niewielkim stolikiem kawowym do odmienianego wówczas przeze mnie pokoju.

Do zobrazowania swojej wizji wykorzystałam:

– szpulę

– drewniane kołki (do zatkania niepotrzebnych dziur w szpuli)

– szpachlówkę oraz szpachelkę

– papier ścierny

– puszkę białej farby do drewna

– wałek

– pędzel

– sznur (30 metrów)

– klej do klejenia na ciepło oraz pistolet do kleju

– 4 sztuki kół

– śrubki i śrubokręt.

W pierwszej kolejności szpulę oczyściłam papierem ściernym. Kołki umieściłam w otworach, które uznałam za zbędne. Zaszpachlowałam ubytki i pozostawiłam do wysuszenia…

Kiedy szpachlówka wyschła (po jakichś 10 godzinach) szpulę raz jeszcze przeszlifowałam papierem ściernym. Następnie pomalowałam ją przy pomocy wałka farbą do drewna. Elementy do których wałkiem nie mogłam się dostać wykończyłam niewielkim pędzelkiem…

Po całym dniu suszenia na słońcu przyszła pora na wykończenie.

Linę – sznur – ciasno owinęłam wokoło nogi stolika. Postanowiłam owinąć nim też spód szpuli. By jednak w tym miejscu sznur się utrzymał przykleiłam go na ciepło przy pomocy pistoletu i kleju.

Na sam koniec do stolika przykręcone zostały cztery kółka meblowe. Stolik został prawie ukończony. Prawie, gdyż czeka mnie jeszcze wycięcie ze szkła bądź pleksi nakładki na blat.

W tej chwili całość prezentuje się następująco…

Jeśli więc i Ty szukasz niebanalnego i taniego pomysłu na stolik kawowy lub nocny. Znajdź szpulę po kablach w wybranym przez Ciebie rozmiarze… i do dzieła!

O Rupakach słów kilka

Słyszeliście kiedykolwiek o Rupakach? Nie?!

My do nie tak dawna też nie mieliśmy o tych zabawnych i kolorowych stworkach pojęcia. Okazuje się jednak, że wystarczy odrobinę dokładniej przyjrzeć się szufladzie tatusia, półce z książkami czy też wózkowi dla lalek, by odkryć, że mogą je zamieszkiwać właśnie one…

Rupaki to przezabawne, ale i wielce charakterystyczne stwory, które żyją nie gdzie indziej, jak w dziecięcej wyobraźni. Ich świat stara się nam przybliżyć poetka Danuta Wawiłow.

“Wielcy boją się myszy i nie lubią jeść sera.

Zawsze tańczą kozaka, gdy na burzę się zbiera.

Śpią w kaloszach, a kąpiel zawsze biorą we frakach.

Nie chcesz wierzyć  – naprawdę ja się znam na RUPAKACH.

 

A RUPAKI mieszkają w dziwnych dziurach i kątach.

I na przykład za szafą, gdzie kurzu się nie sprząta

I w szufladzie tatusia

I na półce z książkami

I w wózeczku dla lalki też nocują czasami.

Są RUPAKI dorosłe  i RUPAKI dzieciaki,
dziewczyny, chłopaki, mądrale, głuptaki, brzydale, ładne RUPAKI…” (źródło:Rupaki Hip Hop. Bajka Bez Barier)

Wieść o Rupakach dotarła do nas jakiś czas temu za sprawą pewnego ciekawego projektu. Projektu, który dosłownie i w przenośni postawił świat na głowie. “Bajka bez Barier” to przedsięwzięcie, w którym niewidome dzieci tworzą obraz video, a niesłyszące pracują nad muzyką do niezwykłej bajki. Niemożliwe? A jednak, wyobraźnia nie zna granic! Przed dziećmi otworzono więc niedostępny świat dźwięku i obrazu. Zamiast oczu i uszu użyto… dotyku – bo ciało też może „słyszeć” muzykę, a dłonie mogą „widzieć” faktury i kształty plastyczne.
Oto projektowe Rupaki, które skradły na tyle nasze serca, że sami postanowiliśmy stworzyć własne:

źródło: KLIK

Jak Wam się te przezabawne stworki podobają?