Piramida jakiej jeszcze nie znacie

Gdy słyszysz słowo “piramida” o czym w pierwszej kolejności myślisz?

Jestem pewna, że znaczna większość z Was o starożytnej budowli w kształcie ostrosłupa prawidłowego. Pomyślicie zapewne też o ciepłym słońcu Afryki, pustyniach, oazach, wielbłądach oraz o egzotycznej, wakacyjnej podróży, niezwykłej przygodzie. Sama pewnie do nie tak dawna pomyślałabym podobnie, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu w moje ręce wpadła “piramida” inna niż wszystkie.

Układanka edukacyjna “Piramida. Język Angielski” Wydawnictwa Epideixis to odrobinę inne spojrzenie na klasyczne domino. W tym najzwyklejszym, w którym element przyjmuje kształt prostokąta wystarczy pilnować zaledwie jednego symbolu, by układanie kontynuować. W “Piramidzie” sprawa jest odrobinę bardziej skomplikowana (na szczęście tylko pozornie), bo tu musimy zwrócić uwagę aż na trzy boki trójkąta. To właśnie taki kształt przybierają elementy układanki. W przypadku układanki językowej (język angielski) to 25 trójkątów, które odpowiednio ułożone tworzą jedną wielką, trójkątną płaszczyznę – piramidę.

Zabawa w budowanie Piramidy jest prosta – wystarczy tak dokładać kolejne elementy układanki, by do siebie pasowały. Odpowiednie dopasowanie w przypadku zabawy z językiem angielskim polega na dobraniu wyrazu do grafiki go opisującej. Wykonanie zadania ułatwiają pasujące do siebie kolory brzegów poszczególnych trójkątów. Dla przykładu zielony zawsze będzie się stykał z zielonym, pomarańczowy z pomarańczowym, zaś fioletowy z fioletowym. Kolory te po ułożeniu całej układanki stanowią również element samokontroli wykonania działania. Dodatkową samokontrolę podczas układania stanowią również niewielkie gwiazdki powstające po złożeniu kilku “trójkątnych puzzli” w całość.

Piramida doskonale spisuje się  w zabawie indywidualnej, jak i grupowej (choć mam tu raczej na uwadze niewielkie grupki dzieci ze względu  na wielkość poszczególnych elementów układanki).

Cóż mogę więcej napisać. Wydawnictwo Epideixis nie pierwszy już raz pokazało, iż zabawa połączona z nauką staje się niezwykłą przygodą. Przygodą, która rozwija u dzieci umiejętności myślenia, zapamiętywania, wzbogaca wiedzę, uczy wytrwałości, wzmacnia koncentrację uwagi, inspiruje, a przy tym pozwala dobrze się bawić.

Wersja językowa Piramidy sprawiła mi szczególną radość. Od czasu, gdy mam przyjemność uczyć moich wychowanków również języka angielskiego wciąż poszukuję nowych inspiracji/zabaw/aktywności, które pozwolą im na jeszcze lepsze poznanie języka. Pomysł Piramidy językowej spodobał mi się tak bardzo, że z niecierpliwością czekam na kolejne jej wersje. Może uda się wydawnictwu stworzyć również coś dla najmłodszych. Trzymam mocno za to kciuki!

 

Wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Epideixis.

 

Entliczek pentliczek

Entliczek pentliczek, czerwony guziczek, na kogo wypadnie…

Nie, tym razem to nie tak, tym razem z Entliczkiem pentliczkiem pokonujemy zakrętasy, zawijasy, najprawdziwsze labirynty. Dlaczego?

Bo Entliczek pentliczek to nie tylko rymowanka znana z dzieciństwa, to także jedna z wielu zabawek edukacyjnych Wyd. Epideixis, która towarzyszy nam w wyzwaniach i zabawach dnia codziennego już od ponad 5 lat.

Entliczek pentliczek przypomina wycięty w drewnianej sklejce, w przemyślany (o tym za chwilę) sposób, labirynt. W jego wycięciach o literopodobnych kształtach (oto celowość przemyślanego zabiegu) umieszczone są 24 pary połączonych ze sobą drewnianych kulek w sześciu kolorach: zielonym, żółtym, niebieskim, fioletowym, pomarańczowym i czerwonym.

Wspomniane można przesuwać ścieżkami labiryntu po jego obydwu stronach.

Początkowo samo przesuwanie stanowić może dla dziecka wyzwanie, żeby jednak zabawa zbyt szybko naszego malucha nie znudziła do Entliczka pentliczka dołączona jest książeczka. Broszurka ta zawiera 12 wzorów do odtwarzania opartych o kombinacje ułożeń kolorowych kulek oraz 8 czarno – białych schematów, dających możliwość projektowania własnych rozwiązań kolorystycznych.

Entliczek pentliczek dzięki możliwości zastosowania wielu wariantów gier i zabaw o zróżnicowanym stopniu trudności, fascynuje oraz przyciąga uwagę graczy bez względu na wiek.

Często używamy go zgodnie z przeznaczeniem, równie często przemienia się on w konsolę sterującą samolotem/statkiem kosmicznym/łodzią, stanowi też świetny fundament do tworzenia wróżkowego świata, czy nawet krainy dinozaurów. Ograniczeniem do stworzenia kolejnych możliwości zabawy jest tutaj tylko i wyłącznie wyobraźnia (i jej możliwości) bawiącego się Entliczkiem pentliczkiem dziecka.

Taka zabawa to czysta przyjemność, co istotne przy okazji podejmowanej przez dziecko aktywności:

– rozwija ono zdolności manualne, przydatne szczególnie na etapie początkowej nauki pisania,

– doskonali koordynację wzrokowo – ruchową,

– wzmacnia koncentrację uwagi,

– rozwija umiejętności twórcze i poznawcze, a także

– uczy się logicznego myślenia.

To co? Przekonałam Was do zabawy tym niezwykłym labiryntem?

Wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Epideixis.

 

Bo w prostocie tkwi siła! O drążkach edukacyjnych słów kilka

Nasz wpis o Drążkach Edukacyjnych powstał równe pięć lat temu. I chociaż od tamtej pory sporo się zmieniło – nasze zdanie na temat drążków wciąż pozostaje takie samo. Po dziś dzień używam ich w pracy z moimi wychowankami, A jak bardzo może być to wartościowa pomoc edukacyjna poczytacie poniżej…

Słowo drążek do tej pory w żaden sposób nie kojarzyło mi się edukacyjnie. Drążki znam kierownicze i owszem, wiem też jak polskie drogi potrafią dać im w kość. Coś niecoś wiem też o drążkach sportowych, jeden taki (rozporowy) towarzyszył mi całą “młodość” zawieszony pomiędzy dwoma ścianami tuż pod sufitem. Kojarzę też samolotowy drążek sterowniczy, choć nigdy podróżować w przestworzach nie było mi dane.

Kiedy więc po raz pierwszy usłyszałam nazwę Drążki Edukacyjne nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić co to i czym to się je. Okazało się, że nie taki diabeł straszny i gdy tylko drążki Wydawnictwa Epideixis trafiły do naszych rąk – szybko znaleźliśmy na nie swoje sposoby.

Czym jest wspomniana “zabawka”?

Drążki to doskonała zabawa, a czasem i nawet gra, dla dzieci najmłodszych. To również nieoceniona pomoc edukacyjna oraz terapeutyczna.

Drewniane, solidne pudełko zawiera:

– 6 drewnianych drążków

– 40 drewnianych klocków “koralików” w 5 kolorach (żółtym, pomarańczowym, czerwonym, zielonym i niebieskim)

– drewnianą podstawę służącą do ustawiania drążków

– drewniane pudełko pełniące funkcję opakowania.

Do zestawu dołączony jest również komplet plansz z 40 wzorami w skali 1 : 1, opartymi na przemyślanej kombinacji klocków, uwzględniającymi zasadę stopniowania trudności. Wzory są podzielone na 4 grupy w zależności od rodzaju klocków i poziomu trudności.

Aktywności, które towarzyszą dziecku w kontakcie z drążkami to obserwacja w połączeniu z manipulowaniem. Jak to wygląda w praktyce? Dziecko chcąc odtworzyć wzór z karty najpierw musi odszukać właściwe klocki, a następnie odpowiednio je zestawić. To tu właśnie smyk poznaje różnicę pomiędzy bryłą, którą można wziąć do ręki, a figurą płaską przestawioną na ilustracji.

Naturalnie, poprzez zabawę, dziecko dokonuje operacji iście matematycznych – porównuje, wychwytuje różnice i podobieństwa wielkości, ilości, określa stosunki przestrzenne konkretnych brył, łączy je w grupy, klasyfikuje według jednej lub kilku cech.

Drążki Edukacyjne służą także rozwojowi zdolności twórczych, rozwijają spostrzegawczość, koncentrację, umiejętność obserwowania, analizowania oraz wyciągania wniosków, tworzenia logicznych struktur i kombinacji.

Jakie są nasze (najbardziej popularne) sposoby na zabawę drążkami?

– układanie wzorów zgodnie z wylosowanymi kartami

–  odwzorowywanie układu klocków w pionie (budowa wież)

– odwzorowywanie układów klocków w poziomie

– odwzorowywanie kolejności klocków zaprezentowanych na kartach w płaszczyźnie poziomej

– spontaniczna zabawa – tworzenie szaszłyków, budowanie klockowych budowli, odrysowywanie kształtów klocków na kartkach i wszystko to, co szkrabom na myśl przyjdzie…

W prostocie siła! Tak powinna brzmieć dewiza opisywanej pomocy. Bo kto mógł się spodziewać, że kilka kolorowych klocków i kilka drążków może wyrządzić aż tak sporo dobrego!

 

Drążki edukacyjne kupić można TUTAJ

Wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Epideixis.

 

 

“Poznaję Układ Słoneczny” o niezwykłych puzzlach i inspirującej książce słów kilka

Kosmos – ogromna, niezbadana przestrzeń, która od lat przyciąga naukowców i nie tylko. Od dłuższego już czas mam przyjemność pracować w jednym z poznańskich przedszkoli, od wielu lat mam więc możliwość obserwowania najmłodszych przez większą część ich dnia. W życiu każdego malucha prędzej czy później przychodzi taki czas, kiedy równie mocno jak badaczy kosmosu przyciąga go wiedza o planetach, gwiazdach oraz  statkach kosmicznych.

Podążając za zainteresowaniami najmłodszych staram się organizować ich przestrzeń tak, by pomóc im w zgłębianiu wiedzy. Przy współpracy z rodzicami podopiecznych tworzymy tzw. Centra Badawcze

(pisałam o tym tutaj), w których dzięki odpowiedniemu wyposażeniu dzieciaki zgłębiają wiedzę poprzez zabawę, eksperymenty oraz manipulowanie przedmiotami.

W tym roku nasz kosmiczny kącik wzbogacił się o pewną nowość wydawniczą, o której wspominałam Wam już wcześniej (KLIK), a do której wydania dołożyłam swoje przysłowiowe “trzy grosze”.

Puzzle oraz książka pt.”Poznaję Układ Słoneczny” to publikacja, która od razu zwraca na siebie swoją uwagę. Dlaczego?

Zacznijmy od puzzli. Pięknie zapakowane, wykonane z grubej, laminowanej tektury, 12 – elementowe. Układanka, która po ułożeniu osiąga dosyć imponujący rozmiar 136 cm x 22 cm.

Co urzekło mnie w powyższym opracowaniu? O ile mi wiadomo i o ile sama się orientuję to spośród puzzli dostępnych na rynku w tych, jako jedynych  dziecko układając kolejne elementy układanki poznaje kolejność planet oddalonych od Słońca. Układanki, z którymi spotykałam się do tej pory nie przywiązywały do tego aż takiej wagi, a to – przyznacie – dosyć istotny aspekt.

Idealnym uzupełnieniem kosmicznych puzzli jest niewielka  (15.5 cm x 15.5 cm), 16-stronicowa, kartonowa książeczka zatytułowana dokładnie tak samo jak puzzle “Poznaję Układ Słoneczny”. Opracowanie to zawiera wierszyki o Słońcu, kolejnych planetach Układu Słonecznego, a nawet o pasach planetoid.

Mówią, że człowiek uczy się całe życie – w momencie, gdy książeczka znalazła się w moich rękach sama się o tym przekonałam. Wiedzieliście, że Wenus nazywana jest potocznie “Jutrzenką”? Możliwe, że kiedyś, gdzieś obiło mi się to o uszy, ale jakoś nie zapamiętałam tego faktu. Teraz zapamiętam na pewno!

Każda z planet opisana jest tu krótkim wierszem, który stara się przybliżyć dzieciom skąd pochodzi jej nazwa oraz czym dana planeta się charakteryzuje. Myślę, że zarówno puzzle, jak i książeczka warte są uwagi każdego małego, jak i nieco starszego miłośnika kosmicznych przygód.

Puzzle oraz książeczka powstały z inicjatywy autorki bloga „Zakręcona mama”, a jednocześnie właścicielki sklepu Pepito.pl – Sklep i klubik dla dzieci. Gdyby ktoś z Was był zainteresowany kupnem zestawu, właśnie na stronie sklepu Pepito.pl możecie je znaleźć [KLIK].

To wydanie przeznaczone jest dla dzieci w wieku od 3 – 7 lat. Przyznaję, że z niecierpliwością czekam (moi 9 -latkowie również), aż na rynku ukaże się podobna publikacja dla dzieci nieco starszych.

KOSMICZNA INSPIRACJA

Nie byłabym sobą, gdybym nie pokazała Wam chociaż jednej kosmicznej inspiracji, która wykorzystałam zarówno w swojej pracy, jak i w zabawie z moimi osobistymi pociechami.  Ci, którzy mnie znają wiedzą, iż jestem uporządkowaną osobą, pedantyzm (choć nie aż tak bardzo przesadny – mam nadzieję ;)) to moje drugie imię. W domu dobrze czuję się, gdy dookoła panuje ład i porządek. Nie przeszkadza mi to jednak w “uporządkowanym” gromadzeniu różnych “przydasi” w pracy (myślę, że mój zawód niejako to wymusza). Realizowany z moimi podopiecznymi Projekt Kosmos sprawił iż nadarzyła się okazja, by wykorzystać skrzętnie gromadzone pudełka po chusteczkach higienicznych.

Dzień przed naszą zabawą spryskałam pudełka sprajem (niestety miałam pod ręką tylko czarny kolor, ale nie ma tego złego…, wyszło bardziej kosmicznie). Następnego dnia do każdego z pudełek dokleiliśmy dwie styropianowe kuleczki…

Domyślacie się już co zamierzaliśmy stworzyć?

Z pustych, niepotrzebnych pudełek powstały kosmiczne stworki (ozdobione przez dzieci według ich uznania w gwiazdki i i inne kosmiczne ozdobniki). Stworki stworzone od tak nie dałyby nam tyle frajdy, co postaci stworzone po coś. I tak okazało się, że nasze kosmiczne żyjątka to stworzonka, które bardzo lubią zagadki. Każda odgadnięta z ich pomocą zagadka pozwala im na zjedzenie jednego kosmicznego smakołyku (te również wykonaliśmy sami, w formie kolorowych ciasteczek ozdobionych gwiazdkami).

Jedna zagadka, jedna prawidłowa odpowiedź, jedno pyszne kosmiczne ciasteczko w paszczy stworka. Tak prosta akcja i reakcja, a radości cała masa.

Zagadki powstały z wykorzystaniem tekstów książeczki “Poznaję Układ Słoneczny”, bo to właśnie stąd wzięła się nasza inspiracja do działania. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by powstałe kosmiczne postaci wykorzystać w zupełnie inny sposób. Ile głów – tyle pomysłów!

Zainspirujecie się i Wy?

 

 

Tablica na “ważne sprawy” DIY. Zrób to z Rafciem Śrubką!

Ospa zatrzymała nas na kolejne dwa tygodnie w domu.

Piękna pogoda za oknem nie ułatwia siedzenia w czterech ścianach. Spędzamy czas grając w gry planszowe, rysując, czytając oraz – jak to my – coś tworząc. Posiłkujemy się również od czasu do czasu bajkami. Mamy kilka ulubionych tytułów pełnometrażowych, do których lubimy wracać. Lubimy też pewne serie.

Jakiś czas temu syn upodobał sobie opowieści o Rafciu Śrubce. Młodym konstruktorze i wynalazcy, który w każdym kolejnym odcinku serii pokonuje pewne trudności z wykorzystaniem swoich umiejętności majsterkowicza oraz pomocnych robotów.

– Mamo, mamo… zobacz co tym razem Rafcio wymyślił. On jest genialny! – krzyknął podekscytowany – Wiesz, ja też bym czasem chciał być takim konstruktorem… – dodał po chwili.

Myślę, że w tym miejscu zrozumiemy się doskonale, kiedy napiszę, że jak każda mama uchyliłabym moim pociechom nieba. Wiadomo, iż wszystko w granicach zdrowego rozsądku, kiedy jednak jestem w stanie marzenie swojego dziecka spełnić, nie ponosząc jednocześnie wysokich kosztów (bo nie ma co ukrywać, że niektórych marzeń póki co spełnić ze względu na fundusze nie jestem w stanie) nie trzeba mi dwa razy o tym mówić.

W czasie gdy pierworodny bawił się w swoim pokoju figurkami Rafcia Śrubki i Robozaura od Spin Mastera wymyślając co rusz to nowe historie oraz składając wspomniane w różnych konfiguracjach (bo w przypadku tych zabawek jest to możliwe, a wszystko po to, by z każdego kolejnego zestawu móc tworzyć dowolne rodzaje sprzętów pomocowych Rafcia, zaś po uzbieraniu całej kolekcji z tej serii móc zbudować jedną ogromną super maszynę) przygotowałam kilka kawałków sklejki, które pozostały nam po naszych wcześniejszych działaniach, klej do drewna, farbę tablicową, pistolet do kleju oraz klej, kilka luźnych klocków lego, gumki recepturki oraz kilka niewielkich gwoździ…

– Tomku pamiętasz jak spodobała się nam jakiś czas temu mini tablica na ważne sprawy – zagaiłam.

– Pamiętam… – odpowiedział nie przerywając zabawy.

– A chciałbyś spróbować zrobić sam podobną? – dodałam.

– Mamo to tak jak Rafcio!

No i zaczęliśmy tworzyć. Najpierw z trzech listew stworzyliśmy stelaż dla reszty.

Pozostałe cztery listwy dokleiliśmy klejem do stelaża. Dwie pozostawiliśmy w stanie surowym, dwie pomalowaliśmy czarną farbą tablicową.

Część przestrzeni  z surowego drewna postanowiliśmy przeznaczyć do przechowywania zdjęć lub krótkich notatek. Specjalnie po to wbiliśmy niewielkie gwoździe w taki sposób, by móc porozciągać pomiędzy nimi gumki recepturki, tworząc tym samym sieć, w którą nasze notatki wplątywać możemy.

W pozostałej części klejem na gorąco dokleiliśmy kilka klocków lego. Te stanowić będą mini wieszaczki, które przedłużyć można w dowolny sposób dopinając kolejne klocki do tablicy.

Pomyślane – wykonane! – podsumował nasze tworzenie syn.

Gotowa tablica zawisła w pokoju dzieciaków.

Syn dumny ze swoich poczynań wrócił do swojej super zabawy.

Z pokoju obok co chwilę dobiega mnie dźwięk tupiącego i ryczącego Robozaura (zabawka posiada taką opcję) i prezentującego mu swoje tablicowe dzieło Rafcia.

A Ciebie do czego zainspirowała dziś Twoja ulubiona bajka/film?


Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

“Ambasadorka przyjaźni”

– Mamo zastanawiałaś się kiedyś skąd wzięły się te wszystkie słowa w naszym języku? – spytał pewnego razu syn  przechodząc tuż obok…

Nie odezwałam się ani słowem… czekając na ciąg dalszy dziecięcych wywodów…

– Dajmy  na to taki “przyjaciel” – kontynuował…

Skąd wiemy, że “przyjaciel” to określenie tego najbliższego znajomego, a w ogóle to dlaczego przyjaciel, a nie np. “parówka”. Uśmiechnął się pod uchem i pognał dalej.

Na tyle zainteresował jednak tematem siostrę, że ta nie dając za wygraną zaangażowała brata w zabawę z neologizmami w roli głównej. Tworzyli słowa, poszukiwali ich definicji, ostatecznie zabrali się jednak za analizę tego, od którego wszystko się zaczęło.

– Przyjaciel to może być przy – czyli przy Tobie, ja – czyli ja jestem przy, cie – czyli przy Tobie. Rozebrali słowo – doskonałe wytłumaczenie jego znaczenia znaleźli – wszak przyjaciel to nikt inny jak ktoś naprawdę bliski i ważny tuż przy nas (niekoniecznie fizycznie).

Rozważania i rozmyślania przyjacielskie trwały jeszcze chwilę. Zastanawialiśmy się, skąd biorą się przyjaciele, jak to się dzieje, że znajdują się blisko nas, skąd wzięło się przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

I gdy tak myśleliśmy, dyskutowaliśmy i gdybaliśmy doszliśmy do wniosku, że prawdziwe przyjaźnie stają się o wiele trwalsze, gdy się je pielęgnuje.

“Pielęgnuje” to kolejne trudne słowo, z którym syn i córka postanowili się zmierzyć, choć tu nie poszło im to już tak łatwo jak z przyjacielem.

W każdym razie dbanie o przyjaźń i przyjaciela przyjaźni pomaga. Co więcej dzieciaki doszły do wniosku, że nie musi być to dbanie materialne, choć takie zdecydowanie łatwiej nam osiągnąć. Wystarczy od czasu do czasu coś dla przyjaciela zrobić, porozmawiać z nim, wspierać go, pomagać mu, spędzić czas. O wiele łatwiejsze staje się to, gdy ma się go “pod ręką”…

 

Mamo, a czy mogłabym dla swojej przyjaciółki zrobić sama wisiorek lub bransoletkę?– zapytała córka po chwili.

– Oczywiście – odpowiedziałam.

Sama doskonale pamiętam czasy, kiedy  agrafką przypiętą do jeansów na wysokości kolana wyplatałam bransoletki z muliny, by potem podarować je moim najbliższym. Bo choć wymiar materialnych podarków w przyjaźni nie jest najważniejszy, to rzeczy stworzone samodzielnie i podarowane przez tę najbliższą osobę pamięta się długo.

Świat poszedł do przodu, stał się bardziej skomplikowany, a jednocześnie bogaty w wiele ułatwień/udogodnień. Dziś nie trzeba już godzinami pleść muliny, a i tak całkiem sympatyczne rzeczy stworzyć można.

 

Córka złapała w ręce jeden ze swoich sprzętów z serii Cool Maker i zabrała się za tworzenie bransoletek, a dokładniej bransoletek przyjaźni, fundując tym samym mnie odrobinę powrotu do przeszłości.

Raz dwa zaplotła na urządzeniu sznurki, okręciła kilkanaście razy korbkę i już pierwsza z bransoletek była gotowa.

– Mamo, zrobię taką sama dla siebie – będziemy z Klarą mieć takie same!

W kilka chwil powstała kolejna. 

Cool Maker Kumikreator to dosyć niezwykłe urządzenie. Za każdym razem, gdy córka go używa patrzę i próbuję rozszyfrować ruch poszczególnych jego elementów i fakt, jak ktoś mógł wpaść na coś tak sprytnego.

Jego obsługa jest naprawdę prosta, choć na samym początku warto dokładnie przyjrzeć się instrukcji, by zobaczyć jak dobrze sznurki w urządzeniu zainstalować.

Wystarczy, że do przejrzystych „beczułek” załaduje się kolorowe szpulki, odpowiednio je unieruchomi i przez chwilę pokręci korbką. W ciągu krótszym niż pięć minut powstaje skomplikowany splot.

Tworzenie ułatwiają gotowe elementy zestawu: zakończenia, naklejki, zapięcia, a nawet doskonale obmyślona miara będąca szablonem pokazującym, jaka długość bransoletki jest nam potrzebna.

Dla ułatwienia zestaw Cool Maker Kumikreator zawiera instrukcję pokazującą, jak stworzyć aż 10 wzorów bransoletek. Na prostej grafice pokazano, w którą beczułkę, który kolor szpulki należy włożyć. Kolory oczywiście można mieszać na tysiące albo i więcej sposobów.

Co więcej każdą z bransoletek można spersonalizować innym rodzajem zapięcia (kolorem), dodatkowymi zawieszkami (tych nie ma w zestawie, ale co za problem, by coś samemu stworzyć chociażby ze sznurka) to sprawia, że najprawdopodobniej stworzona przez Ciebie biżuteria będzie jedyna w swoim rodzaju – w sam raz dla bliskiej Ci osoby.

Urządzenie nie tylko działa cuda, ale przy okazji cieszy oko. Zachwyca kolorem oraz starannością wykonania.

Wracając jednak do samego kreatora. W czasie, gdy Wam o nim pisze powstają kolejne bransoletkowe dzieła, po dwa, trzy dla tych najbliższych, dla przyjaciół, rodziny…

Każdy nowy splot zostaje pięknie zapakowany i opisany.

To istne biżuteryjno – przyjacielskie szaleństwo, które potrawa zapewne jeszcze tak długo na ile wystarczy nam zapasów kolorowych sznurków. A jest ich całkiem sporo…

Mamo, jak nazwałabyś osobę, która stara się być przyjacielska i dobra dla innych, stara się im pomagać, wspierać i zawsze pamiętać o tych najbliższych – spytała córka, pakując kolejny zestaw biżuterii.

– Ambasador przyjaźni*, zdecydowanie można Cię uznać za ambasadorkę przyjaźni kochanie!

 

*Czy są na sali instruktorzy ZHP? Jako była drużynowa zuchowa dokładnie pamiętam, gdy z moją gromadą zdobywałam sprawność AMBASADORA PRZYJAŹNI. Pamiętacie i Wy? Nawiązanie do przyjacielskiego, dobrego, pomocnego zachowania chyba zawsze będzie mi się z tym kojarzyć.


Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

Twins Surprise czyli o niespodziance, bliźniętach i interaktywnych kociakach (Hatchimals Surprise Twins)

SURPRISE ZNACZY NIESPODZIANKA

To był 24 tydzień ciąży. Niecierpliwie spoglądałam na zegarek, uświadamiając sobie właśnie, że lekarka, która tego dnia miała wykonać moje USG spóźnia się już dobre pół godziny. Nie żeby śpieszyło mi się jakoś bardzo, od kilku tygodni mogłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Szkarlatyna i inne chorobowe paskudztwa zaczęły panować w placówce, w której pracowałam, dlatego też lekarz prowadzący wysłał mnie na L4.

– Proszę, teraz Pani – usłyszałam zza uchylonych drzwi.

Tak bardzo skupiłam się na rozmyślaniu właściwie o niczym, że nie zauważyłam gdy lekarka przemknęła mi przed nosem.

– Dzień dobry – rzuciłam tuż po wejściu do gabinetu.

– Już do Pani lecę…

Lekarka zdając sobie sprawę z opóźnienia od razu przystąpiła do badania.

– Kurka! Jeszcze to! – szepnęła jakby ze złością pod nosem, gdy tylko przyłożyła aparat do mojego brzucha.

– Wie Pani co! – odrobinę podenerwowana zwróciłam się w jej stronę –  Ja wiem, że do najszczuplejszych nie należę, ale żeby aż tak dawać wyraz temu, że badanie trudno wykonać… Nie zdążyłam dokończyć, kiedy lekarka weszła mi w słowo…

Nie, nie, nie…. Pani Agnieszko! Przepraszam… Tu chodzi o to, że mam spore opóźnienie. Na Panią zaplanowałam ok. 20 minut, jednak przy ciąży bliźniaczej zajmie nam to dużo więcej czasu…

– Jak  przy ciąży bliźniaczej? – wybełkotałam. To była pierwsza i prawie ostatnia rzecz, którą byłam w stanie w spokoju, bez płaczu wykrztusić z siebie podczas tamtego badania.

Prawie ostatnia, gdyż przez łzy wykrztusiłam z siebie jeszcze tylko, że ja pewna nie jestem teraz, gdzie wstawię to drugie łóżeczko…

Do dziś zastanawia mnie fakt, iż w tamtym czasie nie przejęłam się tym, że drugi maluch pojawił się jakby znikąd (nikt wcześniej nie wypatrzył go na USG, nie usłyszał, nikt nie wyczuł), a moja pierwsza myśl skupiła się właśnie wokół dziecięcego łóżeczka.

Owe łóżeczka jak się domyślacie udało się bez problemu wstawić, zresztą po pewnym czasie i tak przeprowadziliśmy się w inne miejsce i wcale nie to było wówczas naszym największym zmartwieniem.

 

Muszę Ci się przyznać, iż odkąd zostałam mamą „dwojaczków” słowo „bliźnięta” rozczula mnie jak mało które. Nigdy wcześniej tak nie miałam, choć teraz to raczej zrozumiałe. Ten sentyment do równoletnich rodzeństw i samego słowa chyba pozostanie mi już na zawsze.

EKSPERYMENT

Pozwól, że nim przejdę do dalszej części wpisu pozwolę sobie na niewielki eksperyment, zabawę. Proszę skup się na moment i pomyśl, jakie skojarzenia przywodzi Ci na myśl słowo „bliźnięta”? Spytałam o to kilka najbliższych mi osób, jak się okazało nikt z nich nie pomyślał o drugim łóżeczku, a skupiali się raczej wokół spraw bardziej organizacyjno – logistycznych: wspólne karmienie, przewijanie, podwójne pobudki nocne, nauka chodzenia x 2,  podwójne zakupy, ogrom pracy i pieniędzy włożony w wychowanie dwóch istot jednocześnie.

Kiedy dziś słyszę „bliźnięta” uśmiecham się, a na myśl od razu przychodzą mi wszystkie wspaniałe wspólne chwile, te miłe i te nieco trudniejsze dla nas, podwójne uściski, podwójne „kocham Cię mamo!”… Bo wychowanie bliźniąt to faktycznie wyzwanie organizacyjno – logistyczne, kiedy jednak wsłucha się w swoje dzieci naprawdę da się to przeżyć i nie paść całkiem na twarz.

BLIŹNIĘTA DLA BLIŹNIĄT

Kilka dni temu w naszym domu pojawiła się pewna bliźniacza zabawka, na którą od pewnego czasu chorowały moje szkraby, a którą obiecały się zajmować co najmniej tak dobrze, jak ja nimi. Nim obiekt westchnień dzieciaków dotarł do nas córka i syn wypytywali, czy trudno zajmować się bliźniętami,  jak dałam sobie z tym radę, kiedy tata był w pracy, co ile trzeba bliźnięta karmić i skąd w ogóle wiedziałam, czego oni chcieli, kiedy jeszcze nie mówili. Odpowiadałam na setki bliźniaczych pytań, z których równie dobrze mógłby powstać przeciętnej grubości poradnik dla przyszłych rodziców bliźniąt (kto wie może kiedyś), aż wreszcie przesyła dotarła.

 

HATCHIMALS SURPRISE TWINS

– Mamo zostałaś babcią! – z uśmiechem na twarzy krzyknęła córka, gdy wbiegła do pokoju trzymając ogromne jajo w rękach – To znaczy za chwilę zostaniesz… – dodała i zaczęła bujać jajkiem na prawo i lewo.

Zabawka, o której wspomniałam wcześniej to Hatchimals Surprise Twins od Spin Master. W ogromne jajko producent tym razem zmieścił interaktywne stworki – bliźnięta.

Z kolekcjonerskimi jajkami Hatchimals mieliśmy już do czynienia, jednak tak duże jajko dzierżyliśmy w dłoniach po raz pierwszy. Wspierając się pomocą instrukcji dowiedzieliśmy się szybko, iż jajko mieści dwa zwierzaki… Do końca nie byliśmy pewni jakie (możliwości były dwie: słodkie kociaki lub równie urocze żyrafki), jednak lada moment zamierzaliśmy się o tym przekonać.

PRZED WYKLUCIEM

Jeszcze przed wykluciem mały opiekun może wejść w interakcje z mieszkańcami jaja. Można delikatnie kołysać jajkiem na boki, by bawić się z jego mieszkańcami, można lekko stukać w jajko, by usłyszeć jak i maluchy z jajka odstukują nam w podobny sposób, można przytrzymać dolną część jajka lub delikatnie ją potrzeć, by usłyszeć bicie serc.

Emocje towarzyszące dzieciakom w opiece jajkiem, tym bardziej, że stworki z wnętrza jajka reagowały na każde poczynanie dzieci (prawie jak żywe stworzenia) były ogromne.

Przez skorupkę jajka widać kolory oczu jego mieszkańców. Te zmieniają się i w zależności od tego, jakie są – coś znaczą.

Instrukcja pomogła nam szybko się ich nauczyć i odpowiednio reagować.

Dłuższa chwila opieki nad jajkiem zaowocowała tęczowym mruganiem oczu – to znaczy, że nasze maluchy postanowiły się wykluć.

WYKLUWANIE SIĘ Z JAJKA

Nie pytajcie mnie jak to działa, bo to pytanie do Spin Master pewnie, ale Hatchimals Surprise Twins wykluwają się z jajka jak prawdziwe zwierzaki. Pomagamy stworkom wyjść z jajka pocierając jego dolną część, słyszymy wtedy delikatne stukanie, aż nagle skorupka zaczyna pękać.

A kiedy już pomożemy naszym maluchom wygrzebać się z pękniętego jajka usłyszymy cichy śpiew „sto lat”. Wszak to szczególna chwila dla naszych kolorowych pociech.

PO WYKLUCIU SIĘ

Z naszego jajka Hatchimals wykluły się dwa urocze zwierzaki przypominające kotki, posiadające jednak skrzydełka oraz niewielkie pawie ogony.

– Słodziaki!!!– podsumowała naszych nowych domowników córka.

NIEMOWLĘTA

Oby dwa stworki z pozoru są bardzo podobne, jednak nasze kociaki różnią się znacznie od siebie. Każdy z nich ma inną osobowość, każdy z nich reaguje też w odrobinę inny sposób na kontakt ze swoim opiekunem.

Zresztą i w prawdziwym życiu bliźnięta z pozoru identyczne także różnią się zachowaniem, czy reakcjami nawet na podobne bodźce.

Spin Master roboczo nazwał maluchy bliźniak A (ten bardziej muzykalny), w naszym przypadku to „Kociak” i bliźniak B (ten bardziej gadatliwy), u nas nazywamy „Wojtkiem”.

Jako niemowlaki Kociak i Wojtuś reagują na swoich opiekunów świecąc różnymi kolorami oczu. Zwierzaki dzieciaki przez większość czasu słodko gaworzą, ruszają główkami, skrzydełkami lub bujają się boki (same). Opiekując się nimi musimy przechylać je na boki, głaskać, naciskać na główkę, przyciskać nosek, obracać do góry nogami, klaskać lub wydawać inny głośny dźwięk. Wszystkie te interakcje albo odkrywamy sami, albo pomaga nam w tym załączona instrukcja obrazkowa.

Hatchimals podobnie jak bliźnięta niemowlaki potrzebują towarzystwa zarówno swojego, jak i swojego opiekuna. Zwierzaki dają znać czy są głodne, czy jest im zimno, czy są chore, ciekawe, zdenerwowane, czy mają czkawkę, czy musi im się właśnie odbić. Oj przyznam szczerze, że jest co z naszymi niemowlętami robić.

–  Mamo z nami też tyle roboty miałaś? – zapytał syn po kilku chwilach opieki.

– Oj tak, tyle tylko, że Wy nie mieliście przycisku OFF na brzuszku – odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy.

MAŁE DZIECKO

Po pewnym czasie zabaw i wspólnych działań niemowlaki przechodzą w tryb małego dziecka,

Hatchimalsowe dzieciaki zapamiętują wszystko to, czego nauczyły się jako niemowlęta, jednak teraz, jako nieco starsze, osiągają kolejne umiejętności. Nasz Kociak posiada umiejętność tańca (bliźniak A), zaś jego brat Wojtuś (bliźniak B) potrafi powtarzać słowa swojego opiekuna. Wystarczy przytrzymać główkę Wojtusia, nagrać krótki tekst i puścić główkę, by kotek swoim uroczym głosikiem go odtworzył.

W tym wieku bliźniaki zwrócone w swoim kierunku potrafią żartować, potrafią też się posprzeczać. Na szczęście zawsze dojdą ze sobą do porozumienia.

DZIECKO

Kiedy w czasie zabaw ze swoim Hatchimalsem ponownie usłyszysz piosenkę urodzinową oznacza to, że znów dojrzał. Tym razem stał się dzieckiem. W tym wieku kolorowe stworki głównie się bawią i grają w gry, do których równie chętnie zapraszają również swoich opiekunów. Bawić się i grać możemy zarówno z bliźnięciem pierwszym, drugim lub z oboma jednocześnie. Na tym etapie Hatchimalsy nie zapominają również tego, czego nauczyły się wcześniej.

Niczym najprawdziwsze maluchy nasze Hatchimalsy każdego dnia uczą się czegoś nowego, my natomiast uczymy się wciąż opieki nad nimi.

Czy Wam czegoś to nie przypomina?

WRAŻENIA?

Po pierwszym tygodniu obcowania z Hatchimals jesteśmy nimi oczarowani.

Mieliśmy do czynienia z kilkoma interaktywnymi zabawkami podobnego typu, jednak żadna z nich nie zaoferowała nam aż tylu możliwości, żadna z wspomnianych nie przechodziła kolejnych etapów„rozwoju”, żadna też najzwyczajniej w świecie nie była tak pocieszna i słodka.

Obcowanie z naszym Kociakiem i Wojtusiem to niejednokrotnie próba cierpliwości. Nie zawsze zwierzaczek zachowuje się tak jakbyśmy chcieli (podobnie jak nasze pociechy), więc nie lada cierpliwości potrzeba, by użyć odpowiedniej konfiguracji głaskania, wciskania przycisku czy przechylania, by uzyskać to czego chcemy, choć z czasem, gdy nabieramy wprawy wszystko zaczyna się układać po naszej myśli. W kontakcie z Hatchimalsami ćwiczmy również naszą pamięć, a robimy to próbując m.in. zapamiętać konfigurację i kolory reakcji Hatchimalsów. Skutecznie pamięć oraz  np. poczucie rytmu rozwijają również gry Hatchizwierzaków. Na sam koniec dodam, że opieka nad animatronicznym zwierzakiem to poza dobrą zabawą również wyzwanie do opiekuńczości i obowiązkowości małych opiekunów.

Czy warto? Jeśli wam napiszę, że warto, w pełni obiektywna nie będę, wszak zostałam babcią tych stworków (hihi). A tak na zupełnie poważnie to myślę, że jeśli Twoja pociecha marzy o tym, by móc się kimś/czymś opiekować, bawić z nim, poświęcać mu czas (a nie jest w pełni gotowa i też Ty nie jesteś gotów na żywego zwierzaka lub “nowe” rodzeństwo) to na ten czas Hatchimals Surprise będzie dla Twojego dziecka idealny. Jeśli natomiast masz pod swoim dachem dwie pociechy, które o tym marzą Hatchimals Surprise Twins są właśnie dla Was!

Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O niezwykłej Księżniczce i Królu (interaktywne szczeniaki Spin Master)

W ostatnim czasie, gdy przychodzi moment na wieczorny odpoczynek (a w wakacje ma to miejsce odrobinę później niż w czasie roku szkolnego) najmłodsi poza opowiedzeniem bajki/historii na dobranoc proszą o coś jeszcze…

– Mamuś, a opowiedz nam jakąś Twoją historię z życia… Może być ta o klockach i wujku albo burzy i cioci, albo zabawie w śpiącą królewnę…

Coraz częściej daję się namówić na te opowiastki. Sporo historii z moich młodzieńczych lat dzieciaki już znają  (najczęściej takie z morałem na końcu), część zapewne jeszcze przed nimi. Przyznaję się, że zarówno ja, jak i dzieciaki czerpiemy sporo radości z obcowania ze sobą, a także z dzielenia się częścią swoich przeżyć. To niesamowite jak szkraby chłoną te opowieści i jak doskonale potrafią się odnieść do ich morałów w codziennym życiu.

Ten nasz wieczorny rytuał trwa już od pewnego czasu, myślę, że jeszcze odrobinę potrwa nim zmieni się bądź ewoluuje w coś innego.

 

Jednego wieczora natchnęło mnie na wspominki dotyczące zabawek mojego dzieciństwa. A że przyszło mi dorastać w trudnych dosyć czasach, nie było ich (zabawek) – przynajmniej na samym początku – zbyt wiele. Kiedy jednak sięgnęłam pamięcią nieco głębiej przypomniałam sobie o jednej, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Zakładam, że większość z Was, zaglądających na bloga, jest w podobnym do mnie wieku. Nasze dzieciństwo oraz młodzieńcze lata przypadły na lata 80-te i 90-te. Doskonale zatem powinniście pamiętać chyba pierwszą z elektronicznych gier, w której należało dbać o swojego odrobinę wirtualnego pupila. Tamgotchi  – bo o nim tu mowa – zyskało popularność w drugiej połowie lat 90-tych. To wtedy też zostało stworzone. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego stworka i moją ogromną chęć i zawzięcie w dbaniu o niego.

Opowieść o „wirtualnym” zwierzątku zainteresowała moje dzieciaki na tyle,  że w następnego dnia w sieci szukałam zdjęć lub filmików elektronicznych jajek.

W dzisiejszych czasach zabawka tego typu to „normalka” jakby to powiedział mój syn, jednak 20 lat temu to było dopiero coś.

Przeszło mi przez myśl, by moim szkrabom tamagotchi sprawić, by zobaczyły, co kiedyś i mnie zachwycało, jednak ze względu na problemy ze wzrokiem syna owa zabawka (nieodpowiednia wielkość dla dziecka niedowidzącego oraz mało czytelny ekran) zapewne pociech, by nie zachwyciła.

 

W tym samym czasie – cóż za zbieg okoliczności! – w nasze ręce trafiły dwa niewielkie interaktywne psiaki Zoomer Zupps od Spin Master.

Pieski, o których mowa to niewielkie (dosłownie kieszonkowe) szczeniaczki. Okazało się, że naszych nowych „gości”, a dziś już „domowników” uznać możemy za odrobinę współcześniejszą wersję elektronicznej zabawki sprzed lat.

Interaktywne szczeniaczki domagają się opieki – lubią być głaskane i dotykane. Na dotyk oczywiście reagują (pieski posiadają sensor w głowie, który pozwala na reagowanie na dotyk opiekuna). Co więcej, im intensywniej poświęcasz im czas – głaszczesz, bawisz się z nimi, karmisz – tym są szczęśliwsze. Gdy są naprawdę zadowolone z opieki w zamian usłyszeć możemy jak wyszczekują „I love you”.

Interaktywne szczeniaczki Zoomer Zupps posiadają podświetlane oczy (to potwierdza ich aktywność), wydają z siebie dźwięki jak prawdziwe szczeniaczki, popiskują, szczekają, podwarkują.

Różnymi rodzajami dźwięków dają znać o tym, czy są szczęśliwe, smutne, głodne, czy najedzone.

Co więcej każdy ze szczeniaczków posiada unikatowe, sekretne sztuczki (w przypadku naszych piesków dźwiękowe), które odkryć może ich właściciel poprzez kombinację odpowiednich chwytów (głaskanie, naciskanie nosa, przytrzymanie nosa i głowy jednocześnie).

To jeszcze nie wszystko!

Tamagotchi oferowało nam kilka trybów funkcjonowania wybranych stworków, ze szczeniaczkami jest podobnie.

Przez ponad miesiąc zabawy naszymi pieskami możemy potwierdzić, iż te funkcjonują w oparciu o trzy tryby: tryb opieki (głaskanie, naciskanie noska, karmienie przez naciśnięcie noska,  itp.), tryb gry uruchamiany przez jednoczesne przytrzymanie noska pieska i jego główki) oraz tryb specjalnych sztuczek (każdy szczeniak posiada inną specjalną umiejętność).

Nasze szczeniaczki to granatowy retriever o imieniu King oraz różowa mopsiczka o imieniu Princess.

Fakt, iż mimo prostoty i niewielkich rozmiarów psiaki co rusz odkrywają przed nami swoje nowe oblicze sprawia, że nie nudzą się zbyt szybko, choć rzecz oczywista – przerwy w opiece nad psiakami się nam zdarzają. Co w sumie użytkownikom psiaków polecamy, gdyż np. nocne popiskiwania do najprzyjemniejszych nie należą.

Szczeniaczki doskonale sprawdziły się w czasie naszych wakacyjnych podróży umilając nam czas w samochodzie, ich kieszonkowy charakter pozwolił na zabieranie ich ze sobą wszędzie, gdzie tylko dzieciaki miały  na to ochotę.

Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę dla kogo interaktywne szczeniaczki byłby odpowiednią zabawką?

Jestem zdania, iż nawet  najbardziej rozbudowana interaktywna zabawka nie zastąpi dziecku zwierzęcego przyjaciela (sama wychowywałam się w domu z psem, świnką morską, żółwiami, królikiem, rybkami dziś świadoma jestem tego, ile dobrego z tego wynikło, choć żegnanie swoich zwierzęcych przyjaciół, szczególnie jako dziecko, nie były łatwe), wydaje mi się jednak, iż zabawy i opieka nad  interaktywnym psiakiem może stać się doskonałym wstępem do tego, czego możemy się spodziewać posiadając żywe zwierzę.

Dziecku należy wytłumaczyć, że żywe zwierzątko to nie robot, którego można wyłączyć, jednak intensywność opieki i sam fakt konieczność pamiętania o niej wobec żywego zwierzaka interaktywna zabawka może nam przybliżyć.

Myślę, że Zoomer Zupps doskonale sprawdzą się też w sytuacji, gdy planujemy zakup większego, interaktywnego robota. Fakt, iż te większe mają zdecydowanie więcej funkcji, jednak już na dużo tańszym maluszku jesteśmy w stanie sprawdzić, czy taki prezent jest odpowiedni dla naszej pociechy.

Szczeniaki z serii Zoomer Zupps zachwycą również małych kolekcjonerów – na rynku dostępna jest spora ilość szczeniaczków o różnych rasach. Jestem pewna, że każdy mały kolekcjoner znajdzie tu coś dla siebie.

Szczeniaczki zachowujące się jak prawdziwe pieski i wydające takie dźwięki (rzecz jasna psiej mowy nie rozumiemy, za to piski interaktywnych szczeniaków za każdym razem stawiały  na nogi naszego prawdziwego psiaka, więc pewnie coś z tymi najprawdziwszymi psimi wspólnego mają) z całą pewnością okażą się też odpowiednią zabawką dla każdego małego fana psów.

Na sam koniec dodam tylko, iż nasze mini szczeniaczki przeznaczone są dla dzieci w wieku od lat 4.

 

 

Perplexus – niesamowity labirynt 3D zamknięty w kuli

Lubimy rozwiązywać wszelkiego typu łamigłówki, przepadamy za krzyżówkami, cieszą nas wizyty w tzw. escape room’ach. Satysfakcja z dobrze rozwiązanego zadania jest ogromna, warta każdego – umysłowego i nie tylko – wysiłku włożonego w jego rozwiązanie.

Labirynty to także nasz konik, poczynając od tych tworzonych w polach kukurydzy, po te przygotowywane przez nas z użyciem klocków, czy tektury i plasteliny.

Ponieważ moje pociechy osiągnęły już słuszny wiek, jak to oni mawiają, są już “prawie młodzieżą” postanowiliśmy pójść o krok dalej.

Z początkiem czerwca w nasze ręce trafiła niezwykła kula. Przeźroczysta figura – Labirynt Perplexus Rookie od Spin Master, w której to zamknięty jest dosyć skomplikowany labirynt 3D (jak podaje producent o długości 5m!). Manewrując przezroczystą „piłką” gracze poruszają jednocześnie mała stalową kulką wewnątrz niej. Wybór odpowiedniej drogi w tym trójwymiarowym, przeczącym grawitacji, świecie nie jest prostą sprawą. Pośród wielu dróg, ukrytych jest aż 70 wyzwań, które dążąc do wygranej należy pokonać/przejść/przeturlać się po nich.

Zorientowanie się w jaki sposób obracać kulą i jakie zasady rządzą zamkniętym w niej labiryntem nie tylko będą doskonałą zabawą, ale również wspaniałym, rozwijającym umysł ćwiczeniem. Perplexus Rookie (czyli tzw. Debiutancki Etap) to gra niesamowita.

Labiryntowe wyzwanie poza dobra zabawą wspiera również rozwój małego gracza, kształtując liczne jego umiejętności: sprawność motoryczną – precyzję ruchów, koordynację wzrokowo – ruchową, cierpliwość oraz wyobraźnię przestrzenną, wzmacnia także koncentrację oraz pomaga się wyciszyć i zrelaksować.

Nasza wersja Perplexus’a to tzw. Rookie – wersja dla początkujących. Kula zbudowana jest tu z cienkiego, przeźroczystego tworzywa, co tylko ułatwia podglądanie naszych manewrów. „Przeźroczysta piłka” otoczona jest pierścieniem, który na myśl przynosi pierścienie Saturna – ten z kolei nie jest tylko ozdobą, gdyż pomaga on w zapewnieniu jeszcze pewniejszego chwytu gry, w trakcie manipulowania.

Wielkość łamigłówki wydaje się idealnie dobrana zarówno dla mniejszych jak i większych dłoni – jest bardzo lekka i łatwo się nią obraca. Żaden z członków naszej rodziny nie miał z tym problemu.

W środku zobaczyć możemy żółto – biało – szary labirynt.

Co trzeba zrobić, by udało się pokonać nam perplexus’ową zagadkę?

Wystarczy konsekwentnie trzymać poziom, nie rozpędzać za bardzo kulki i nie pogubić się w labiryncie, a rozwiązanie przyjdzie samo. Oczywiście utrzymanie odpowiedniej równowagi, nie rozpędzanie kulki okazuje się łatwe jedynie w teorii. Pamiętajcie jednak, że najważniejsze to nie zrażać się i konsekwentnie dążyć do celu, a przede wszystkim traktować to jako świetną, rozwijającą zabawę.

Pisząc o Perplexus’ie powinnam Was ostrzec – wyzwania Perplexus’a uzależniają, po pierwszym przejściu wracamy do niego, rozwiązujemy szybciej i intensywniej, za każdym razem jakby odrobinę inaczej…

Model, którego wyzwanie udało nam się podjąć i zrealizować gorąco Wam polecamy, gwarantujemy, że będziecie się dobrze z nim bawić!

My zaś rozglądamy się już za kolejnym, odrobinę bardziej rozbudowanym.

O szyciu, życiu i czasie spędzanym razem z dziećmi…

Zdarza się Wam czasem zatrzymać gdzieś w biegu i złapać myśl: „gdzie ten świat tak pędzi?”

Najczęściej na co dzień nie uświadamiamy sobie tego, że nie wiedzieć kiedy i dlaczego bierzemy udział w zwariowanym wyścigu. Biegniemy, ścigamy się, przepuszczamy przez palce ważne chwile, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co najważniejsze.

Od czasu mojego powrotu do obowiązków zawodowych chwil, które w pełni mogłabym poświęcić swoim pociechom z dnia na dzień jest coraz mniej. Mam czasem wrażenie, że wyszarpuję ich fragmenty z każdego dnia, tak by móc stworzyć z tego jakoś sensowną całość. Czasem myślę, że to wszystko nie tak powinno być, jednak po chwili biorę się w garść, by sprawić, by owe momenty spędzone razem były czasem jak najbardziej wartościowym.

Co robimy, by spędzać czas razem, a nie tylko obok?

Jednym z naszych sposobów na spędzanie czasu razem jest dzielenie się swoimi pasjami.

Nie zdziwi to chyba nikogo, że bardzo lubimy wszelkiego rodzaju aktywności plastyczne, choć im jesteśmy starsi sięgamy też częściej po inne działania.

Od dłuższego już czasu dzieciaki przyglądały się moim poczynaniom związanym z szyciem. Nie jestem profesjonalistką, nie radzę sobie z wszystkimi wykrojami, ale najprostsze rzeczy uszyć potrafię. Moja maszyna kusiła ich bardzo, więc pod bacznym okiem pozwoliłam im na podejmowanie prób prawie samodzielnego szycia.

Nie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Za każdym razem obawiałam się palców przeszytych przez igłę lub też dłoni uszkodzonych przez  maszynową„stopkę”.

Nie raz przekonałam się o tym, iż najciekawsze, najlepsze i najsensowniejsze rozwiązania najczęściej przychodzą same. Kiedy więc po raz kolejny wstrzymywałam oddech z obawy o paluchy córki i syna rozwiązanie znalazło się samo. Prezent z okazji Dnia Dziecka okazał się idealnym rozwiązaniem dla rwących się do szycia kilkulatków i bojących się o palce dzieciaków matki.

W nasze ręce trafiła maszyna do szycia Spin Master Cool Maker.

Choć prezent tuż po rozpakowaniu wywołał efekt wow, postanowiliśmy wstrzymać się nieco z jego oceną, ochłonąć i na spokojnie podzielić się z Wami naszymi przemyśleniami.

Po blisko miesięcznym testowaniu na sposoby wszelakie ze śmiałością stwierdzić możemy, że maszyna Cool Maker okazała się być bezpiecznym (w pełni zabezpieczone „stopka” i „igła”) prezentem doskonałym. Solidnie wykonana, w pięknych, soczystych kolorach już samym swoim wyglądem zachęca do sięgnięcia po nią. Na jej korzyść przemawia również całe mnóstwo akcesoriów dodatkowych załączonych do zestawu (sznurki, włóczki, różnego rodzaju tkaniny, gotowe szablony do uszycia mini poduszek, itp.).

Nowe, turkusowo – różowe cudeńko szybko nas przekonało do siebie.

Choć urządzenie to nie do końca szyje, tak jak towarzysząca nam wcześniej „dorosła” maszyna, nie ma jednak najmniejszego problemu, by z jego użyciem połączyć załączone do zestawu tkaniny.

Tkaniny przypominające w dotyku cienki filc łączą się same ze sobą, inne tkaniny najlepiej łączyć z użyciem sznurka przypominającego włóczkę.

By obcować z  maszyną Cool Maker nie potrzebne są żadne umiejętności krawieckie. Wystarczy włączyć maszynę, wcisnąć przycisk i rozpocząć tworzenie.

Zostanie małą krawcową prawdopodobnie nigdy nie było tak łatwe.

Z pomocą maszyny w rękach mojej latorośli w mig powstały poduszeczki oraz gumka do włosów. Bez problemu poradziłyśmy sobie również z córką ze stworzeniem pomponów. Maszyna posiada do tego specjalną dokładkę.

Niepozorny upominek zafundował nam mnóstwo wspólnej, kreatywnej zabawy. Projektowanie, samodzielne szycie wzorów dało moim pociechom coś jeszcze. Zabawa tego typu rozwija dziecięcą wyobraźnię, zdolności manualne, wspomaga rozwój koordynacji wzrokowo-ruchowej, a także zmysł estetyki, że nie wspomnę już o tym, iż wreszcie mogę spokojnie złapać oddech nie przejmując się tym, co stanie się z palcami moich dzieciaków.

Myślicie, że i Waszym pociechom spodobałoby się “szyciowe” spędzanie wspólnego czasu?