“Ambasadorka przyjaźni”

– Mamo zastanawiałaś się kiedyś skąd wzięły się te wszystkie słowa w naszym języku? – spytał pewnego razu syn  przechodząc tuż obok…

Nie odezwałam się ani słowem… czekając na ciąg dalszy dziecięcych wywodów…

– Dajmy  na to taki “przyjaciel” – kontynuował…

Skąd wiemy, że “przyjaciel” to określenie tego najbliższego znajomego, a w ogóle to dlaczego przyjaciel, a nie np. “parówka”. Uśmiechnął się pod uchem i pognał dalej.

Na tyle zainteresował jednak tematem siostrę, że ta nie dając za wygraną zaangażowała brata w zabawę z neologizmami w roli głównej. Tworzyli słowa, poszukiwali ich definicji, ostatecznie zabrali się jednak za analizę tego, od którego wszystko się zaczęło.

– Przyjaciel to może być przy – czyli przy Tobie, ja – czyli ja jestem przy, cie – czyli przy Tobie. Rozebrali słowo – doskonałe wytłumaczenie jego znaczenia znaleźli – wszak przyjaciel to nikt inny jak ktoś naprawdę bliski i ważny tuż przy nas (niekoniecznie fizycznie).

Rozważania i rozmyślania przyjacielskie trwały jeszcze chwilę. Zastanawialiśmy się, skąd biorą się przyjaciele, jak to się dzieje, że znajdują się blisko nas, skąd wzięło się przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

I gdy tak myśleliśmy, dyskutowaliśmy i gdybaliśmy doszliśmy do wniosku, że prawdziwe przyjaźnie stają się o wiele trwalsze, gdy się je pielęgnuje.

“Pielęgnuje” to kolejne trudne słowo, z którym syn i córka postanowili się zmierzyć, choć tu nie poszło im to już tak łatwo jak z przyjacielem.

W każdym razie dbanie o przyjaźń i przyjaciela przyjaźni pomaga. Co więcej dzieciaki doszły do wniosku, że nie musi być to dbanie materialne, choć takie zdecydowanie łatwiej nam osiągnąć. Wystarczy od czasu do czasu coś dla przyjaciela zrobić, porozmawiać z nim, wspierać go, pomagać mu, spędzić czas. O wiele łatwiejsze staje się to, gdy ma się go “pod ręką”…

 

Mamo, a czy mogłabym dla swojej przyjaciółki zrobić sama wisiorek lub bransoletkę?– zapytała córka po chwili.

– Oczywiście – odpowiedziałam.

Sama doskonale pamiętam czasy, kiedy  agrafką przypiętą do jeansów na wysokości kolana wyplatałam bransoletki z muliny, by potem podarować je moim najbliższym. Bo choć wymiar materialnych podarków w przyjaźni nie jest najważniejszy, to rzeczy stworzone samodzielnie i podarowane przez tę najbliższą osobę pamięta się długo.

Świat poszedł do przodu, stał się bardziej skomplikowany, a jednocześnie bogaty w wiele ułatwień/udogodnień. Dziś nie trzeba już godzinami pleść muliny, a i tak całkiem sympatyczne rzeczy stworzyć można.

 

Córka złapała w ręce jeden ze swoich sprzętów z serii Cool Maker i zabrała się za tworzenie bransoletek, a dokładniej bransoletek przyjaźni, fundując tym samym mnie odrobinę powrotu do przeszłości.

Raz dwa zaplotła na urządzeniu sznurki, okręciła kilkanaście razy korbkę i już pierwsza z bransoletek była gotowa.

– Mamo, zrobię taką sama dla siebie – będziemy z Klarą mieć takie same!

W kilka chwil powstała kolejna. 

Cool Maker Kumikreator to dosyć niezwykłe urządzenie. Za każdym razem, gdy córka go używa patrzę i próbuję rozszyfrować ruch poszczególnych jego elementów i fakt, jak ktoś mógł wpaść na coś tak sprytnego.

Jego obsługa jest naprawdę prosta, choć na samym początku warto dokładnie przyjrzeć się instrukcji, by zobaczyć jak dobrze sznurki w urządzeniu zainstalować.

Wystarczy, że do przejrzystych „beczułek” załaduje się kolorowe szpulki, odpowiednio je unieruchomi i przez chwilę pokręci korbką. W ciągu krótszym niż pięć minut powstaje skomplikowany splot.

Tworzenie ułatwiają gotowe elementy zestawu: zakończenia, naklejki, zapięcia, a nawet doskonale obmyślona miara będąca szablonem pokazującym, jaka długość bransoletki jest nam potrzebna.

Dla ułatwienia zestaw Cool Maker Kumikreator zawiera instrukcję pokazującą, jak stworzyć aż 10 wzorów bransoletek. Na prostej grafice pokazano, w którą beczułkę, który kolor szpulki należy włożyć. Kolory oczywiście można mieszać na tysiące albo i więcej sposobów.

Co więcej każdą z bransoletek można spersonalizować innym rodzajem zapięcia (kolorem), dodatkowymi zawieszkami (tych nie ma w zestawie, ale co za problem, by coś samemu stworzyć chociażby ze sznurka) to sprawia, że najprawdopodobniej stworzona przez Ciebie biżuteria będzie jedyna w swoim rodzaju – w sam raz dla bliskiej Ci osoby.

Urządzenie nie tylko działa cuda, ale przy okazji cieszy oko. Zachwyca kolorem oraz starannością wykonania.

Wracając jednak do samego kreatora. W czasie, gdy Wam o nim pisze powstają kolejne bransoletkowe dzieła, po dwa, trzy dla tych najbliższych, dla przyjaciół, rodziny…

Każdy nowy splot zostaje pięknie zapakowany i opisany.

To istne biżuteryjno – przyjacielskie szaleństwo, które potrawa zapewne jeszcze tak długo na ile wystarczy nam zapasów kolorowych sznurków. A jest ich całkiem sporo…

Mamo, jak nazwałabyś osobę, która stara się być przyjacielska i dobra dla innych, stara się im pomagać, wspierać i zawsze pamiętać o tych najbliższych – spytała córka, pakując kolejny zestaw biżuterii.

– Ambasador przyjaźni*, zdecydowanie można Cię uznać za ambasadorkę przyjaźni kochanie!

 

*Czy są na sali instruktorzy ZHP? Jako była drużynowa zuchowa dokładnie pamiętam, gdy z moją gromadą zdobywałam sprawność AMBASADORA PRZYJAŹNI. Pamiętacie i Wy? Nawiązanie do przyjacielskiego, dobrego, pomocnego zachowania chyba zawsze będzie mi się z tym kojarzyć.


Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

O szyciu, życiu i czasie spędzanym razem z dziećmi…

Zdarza się Wam czasem zatrzymać gdzieś w biegu i złapać myśl: „gdzie ten świat tak pędzi?”

Najczęściej na co dzień nie uświadamiamy sobie tego, że nie wiedzieć kiedy i dlaczego bierzemy udział w zwariowanym wyścigu. Biegniemy, ścigamy się, przepuszczamy przez palce ważne chwile, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co najważniejsze.

Od czasu mojego powrotu do obowiązków zawodowych chwil, które w pełni mogłabym poświęcić swoim pociechom z dnia na dzień jest coraz mniej. Mam czasem wrażenie, że wyszarpuję ich fragmenty z każdego dnia, tak by móc stworzyć z tego jakoś sensowną całość. Czasem myślę, że to wszystko nie tak powinno być, jednak po chwili biorę się w garść, by sprawić, by owe momenty spędzone razem były czasem jak najbardziej wartościowym.

Co robimy, by spędzać czas razem, a nie tylko obok?

Jednym z naszych sposobów na spędzanie czasu razem jest dzielenie się swoimi pasjami.

Nie zdziwi to chyba nikogo, że bardzo lubimy wszelkiego rodzaju aktywności plastyczne, choć im jesteśmy starsi sięgamy też częściej po inne działania.

Od dłuższego już czasu dzieciaki przyglądały się moim poczynaniom związanym z szyciem. Nie jestem profesjonalistką, nie radzę sobie z wszystkimi wykrojami, ale najprostsze rzeczy uszyć potrafię. Moja maszyna kusiła ich bardzo, więc pod bacznym okiem pozwoliłam im na podejmowanie prób prawie samodzielnego szycia.

Nie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Za każdym razem obawiałam się palców przeszytych przez igłę lub też dłoni uszkodzonych przez  maszynową„stopkę”.

Nie raz przekonałam się o tym, iż najciekawsze, najlepsze i najsensowniejsze rozwiązania najczęściej przychodzą same. Kiedy więc po raz kolejny wstrzymywałam oddech z obawy o paluchy córki i syna rozwiązanie znalazło się samo. Prezent z okazji Dnia Dziecka okazał się idealnym rozwiązaniem dla rwących się do szycia kilkulatków i bojących się o palce dzieciaków matki.

W nasze ręce trafiła maszyna do szycia Spin Master Cool Maker.

Choć prezent tuż po rozpakowaniu wywołał efekt wow, postanowiliśmy wstrzymać się nieco z jego oceną, ochłonąć i na spokojnie podzielić się z Wami naszymi przemyśleniami.

Po blisko miesięcznym testowaniu na sposoby wszelakie ze śmiałością stwierdzić możemy, że maszyna Cool Maker okazała się być bezpiecznym (w pełni zabezpieczone „stopka” i „igła”) prezentem doskonałym. Solidnie wykonana, w pięknych, soczystych kolorach już samym swoim wyglądem zachęca do sięgnięcia po nią. Na jej korzyść przemawia również całe mnóstwo akcesoriów dodatkowych załączonych do zestawu (sznurki, włóczki, różnego rodzaju tkaniny, gotowe szablony do uszycia mini poduszek, itp.).

Nowe, turkusowo – różowe cudeńko szybko nas przekonało do siebie.

Choć urządzenie to nie do końca szyje, tak jak towarzysząca nam wcześniej „dorosła” maszyna, nie ma jednak najmniejszego problemu, by z jego użyciem połączyć załączone do zestawu tkaniny.

Tkaniny przypominające w dotyku cienki filc łączą się same ze sobą, inne tkaniny najlepiej łączyć z użyciem sznurka przypominającego włóczkę.

By obcować z  maszyną Cool Maker nie potrzebne są żadne umiejętności krawieckie. Wystarczy włączyć maszynę, wcisnąć przycisk i rozpocząć tworzenie.

Zostanie małą krawcową prawdopodobnie nigdy nie było tak łatwe.

Z pomocą maszyny w rękach mojej latorośli w mig powstały poduszeczki oraz gumka do włosów. Bez problemu poradziłyśmy sobie również z córką ze stworzeniem pomponów. Maszyna posiada do tego specjalną dokładkę.

Niepozorny upominek zafundował nam mnóstwo wspólnej, kreatywnej zabawy. Projektowanie, samodzielne szycie wzorów dało moim pociechom coś jeszcze. Zabawa tego typu rozwija dziecięcą wyobraźnię, zdolności manualne, wspomaga rozwój koordynacji wzrokowo-ruchowej, a także zmysł estetyki, że nie wspomnę już o tym, iż wreszcie mogę spokojnie złapać oddech nie przejmując się tym, co stanie się z palcami moich dzieciaków.

Myślicie, że i Waszym pociechom spodobałoby się “szyciowe” spędzanie wspólnego czasu?