Tablica na “ważne sprawy” DIY. Zrób to z Rafciem Śrubką!

Ospa zatrzymała nas na kolejne dwa tygodnie w domu.

Piękna pogoda za oknem nie ułatwia siedzenia w czterech ścianach. Spędzamy czas grając w gry planszowe, rysując, czytając oraz – jak to my – coś tworząc. Posiłkujemy się również od czasu do czasu bajkami. Mamy kilka ulubionych tytułów pełnometrażowych, do których lubimy wracać. Lubimy też pewne serie.

Jakiś czas temu syn upodobał sobie opowieści o Rafciu Śrubce. Młodym konstruktorze i wynalazcy, który w każdym kolejnym odcinku serii pokonuje pewne trudności z wykorzystaniem swoich umiejętności majsterkowicza oraz pomocnych robotów.

– Mamo, mamo… zobacz co tym razem Rafcio wymyślił. On jest genialny! – krzyknął podekscytowany – Wiesz, ja też bym czasem chciał być takim konstruktorem… – dodał po chwili.

Myślę, że w tym miejscu zrozumiemy się doskonale, kiedy napiszę, że jak każda mama uchyliłabym moim pociechom nieba. Wiadomo, iż wszystko w granicach zdrowego rozsądku, kiedy jednak jestem w stanie marzenie swojego dziecka spełnić, nie ponosząc jednocześnie wysokich kosztów (bo nie ma co ukrywać, że niektórych marzeń póki co spełnić ze względu na fundusze nie jestem w stanie) nie trzeba mi dwa razy o tym mówić.

W czasie gdy pierworodny bawił się w swoim pokoju figurkami Rafcia Śrubki i Robozaura od Spin Mastera wymyślając co rusz to nowe historie oraz składając wspomniane w różnych konfiguracjach (bo w przypadku tych zabawek jest to możliwe, a wszystko po to, by z każdego kolejnego zestawu móc tworzyć dowolne rodzaje sprzętów pomocowych Rafcia, zaś po uzbieraniu całej kolekcji z tej serii móc zbudować jedną ogromną super maszynę) przygotowałam kilka kawałków sklejki, które pozostały nam po naszych wcześniejszych działaniach, klej do drewna, farbę tablicową, pistolet do kleju oraz klej, kilka luźnych klocków lego, gumki recepturki oraz kilka niewielkich gwoździ…

– Tomku pamiętasz jak spodobała się nam jakiś czas temu mini tablica na ważne sprawy – zagaiłam.

– Pamiętam… – odpowiedział nie przerywając zabawy.

– A chciałbyś spróbować zrobić sam podobną? – dodałam.

– Mamo to tak jak Rafcio!

No i zaczęliśmy tworzyć. Najpierw z trzech listew stworzyliśmy stelaż dla reszty.

Pozostałe cztery listwy dokleiliśmy klejem do stelaża. Dwie pozostawiliśmy w stanie surowym, dwie pomalowaliśmy czarną farbą tablicową.

Część przestrzeni  z surowego drewna postanowiliśmy przeznaczyć do przechowywania zdjęć lub krótkich notatek. Specjalnie po to wbiliśmy niewielkie gwoździe w taki sposób, by móc porozciągać pomiędzy nimi gumki recepturki, tworząc tym samym sieć, w którą nasze notatki wplątywać możemy.

W pozostałej części klejem na gorąco dokleiliśmy kilka klocków lego. Te stanowić będą mini wieszaczki, które przedłużyć można w dowolny sposób dopinając kolejne klocki do tablicy.

Pomyślane – wykonane! – podsumował nasze tworzenie syn.

Gotowa tablica zawisła w pokoju dzieciaków.

Syn dumny ze swoich poczynań wrócił do swojej super zabawy.

Z pokoju obok co chwilę dobiega mnie dźwięk tupiącego i ryczącego Robozaura (zabawka posiada taką opcję) i prezentującego mu swoje tablicowe dzieło Rafcia.

A Ciebie do czego zainspirowała dziś Twoja ulubiona bajka/film?


Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

“Ambasadorka przyjaźni”

– Mamo zastanawiałaś się kiedyś skąd wzięły się te wszystkie słowa w naszym języku? – spytał pewnego razu syn  przechodząc tuż obok…

Nie odezwałam się ani słowem… czekając na ciąg dalszy dziecięcych wywodów…

– Dajmy  na to taki “przyjaciel” – kontynuował…

Skąd wiemy, że “przyjaciel” to określenie tego najbliższego znajomego, a w ogóle to dlaczego przyjaciel, a nie np. “parówka”. Uśmiechnął się pod uchem i pognał dalej.

Na tyle zainteresował jednak tematem siostrę, że ta nie dając za wygraną zaangażowała brata w zabawę z neologizmami w roli głównej. Tworzyli słowa, poszukiwali ich definicji, ostatecznie zabrali się jednak za analizę tego, od którego wszystko się zaczęło.

– Przyjaciel to może być przy – czyli przy Tobie, ja – czyli ja jestem przy, cie – czyli przy Tobie. Rozebrali słowo – doskonałe wytłumaczenie jego znaczenia znaleźli – wszak przyjaciel to nikt inny jak ktoś naprawdę bliski i ważny tuż przy nas (niekoniecznie fizycznie).

Rozważania i rozmyślania przyjacielskie trwały jeszcze chwilę. Zastanawialiśmy się, skąd biorą się przyjaciele, jak to się dzieje, że znajdują się blisko nas, skąd wzięło się przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

I gdy tak myśleliśmy, dyskutowaliśmy i gdybaliśmy doszliśmy do wniosku, że prawdziwe przyjaźnie stają się o wiele trwalsze, gdy się je pielęgnuje.

“Pielęgnuje” to kolejne trudne słowo, z którym syn i córka postanowili się zmierzyć, choć tu nie poszło im to już tak łatwo jak z przyjacielem.

W każdym razie dbanie o przyjaźń i przyjaciela przyjaźni pomaga. Co więcej dzieciaki doszły do wniosku, że nie musi być to dbanie materialne, choć takie zdecydowanie łatwiej nam osiągnąć. Wystarczy od czasu do czasu coś dla przyjaciela zrobić, porozmawiać z nim, wspierać go, pomagać mu, spędzić czas. O wiele łatwiejsze staje się to, gdy ma się go “pod ręką”…

 

Mamo, a czy mogłabym dla swojej przyjaciółki zrobić sama wisiorek lub bransoletkę?– zapytała córka po chwili.

– Oczywiście – odpowiedziałam.

Sama doskonale pamiętam czasy, kiedy  agrafką przypiętą do jeansów na wysokości kolana wyplatałam bransoletki z muliny, by potem podarować je moim najbliższym. Bo choć wymiar materialnych podarków w przyjaźni nie jest najważniejszy, to rzeczy stworzone samodzielnie i podarowane przez tę najbliższą osobę pamięta się długo.

Świat poszedł do przodu, stał się bardziej skomplikowany, a jednocześnie bogaty w wiele ułatwień/udogodnień. Dziś nie trzeba już godzinami pleść muliny, a i tak całkiem sympatyczne rzeczy stworzyć można.

 

Córka złapała w ręce jeden ze swoich sprzętów z serii Cool Maker i zabrała się za tworzenie bransoletek, a dokładniej bransoletek przyjaźni, fundując tym samym mnie odrobinę powrotu do przeszłości.

Raz dwa zaplotła na urządzeniu sznurki, okręciła kilkanaście razy korbkę i już pierwsza z bransoletek była gotowa.

– Mamo, zrobię taką sama dla siebie – będziemy z Klarą mieć takie same!

W kilka chwil powstała kolejna. 

Cool Maker Kumikreator to dosyć niezwykłe urządzenie. Za każdym razem, gdy córka go używa patrzę i próbuję rozszyfrować ruch poszczególnych jego elementów i fakt, jak ktoś mógł wpaść na coś tak sprytnego.

Jego obsługa jest naprawdę prosta, choć na samym początku warto dokładnie przyjrzeć się instrukcji, by zobaczyć jak dobrze sznurki w urządzeniu zainstalować.

Wystarczy, że do przejrzystych „beczułek” załaduje się kolorowe szpulki, odpowiednio je unieruchomi i przez chwilę pokręci korbką. W ciągu krótszym niż pięć minut powstaje skomplikowany splot.

Tworzenie ułatwiają gotowe elementy zestawu: zakończenia, naklejki, zapięcia, a nawet doskonale obmyślona miara będąca szablonem pokazującym, jaka długość bransoletki jest nam potrzebna.

Dla ułatwienia zestaw Cool Maker Kumikreator zawiera instrukcję pokazującą, jak stworzyć aż 10 wzorów bransoletek. Na prostej grafice pokazano, w którą beczułkę, który kolor szpulki należy włożyć. Kolory oczywiście można mieszać na tysiące albo i więcej sposobów.

Co więcej każdą z bransoletek można spersonalizować innym rodzajem zapięcia (kolorem), dodatkowymi zawieszkami (tych nie ma w zestawie, ale co za problem, by coś samemu stworzyć chociażby ze sznurka) to sprawia, że najprawdopodobniej stworzona przez Ciebie biżuteria będzie jedyna w swoim rodzaju – w sam raz dla bliskiej Ci osoby.

Urządzenie nie tylko działa cuda, ale przy okazji cieszy oko. Zachwyca kolorem oraz starannością wykonania.

Wracając jednak do samego kreatora. W czasie, gdy Wam o nim pisze powstają kolejne bransoletkowe dzieła, po dwa, trzy dla tych najbliższych, dla przyjaciół, rodziny…

Każdy nowy splot zostaje pięknie zapakowany i opisany.

To istne biżuteryjno – przyjacielskie szaleństwo, które potrawa zapewne jeszcze tak długo na ile wystarczy nam zapasów kolorowych sznurków. A jest ich całkiem sporo…

Mamo, jak nazwałabyś osobę, która stara się być przyjacielska i dobra dla innych, stara się im pomagać, wspierać i zawsze pamiętać o tych najbliższych – spytała córka, pakując kolejny zestaw biżuterii.

– Ambasador przyjaźni*, zdecydowanie można Cię uznać za ambasadorkę przyjaźni kochanie!

 

*Czy są na sali instruktorzy ZHP? Jako była drużynowa zuchowa dokładnie pamiętam, gdy z moją gromadą zdobywałam sprawność AMBASADORA PRZYJAŹNI. Pamiętacie i Wy? Nawiązanie do przyjacielskiego, dobrego, pomocnego zachowania chyba zawsze będzie mi się z tym kojarzyć.


Wpis powstał przy współpracy z marką Spin Master.

O niezwykłej Księżniczce i Królu (interaktywne szczeniaki Spin Master)

W ostatnim czasie, gdy przychodzi moment na wieczorny odpoczynek (a w wakacje ma to miejsce odrobinę później niż w czasie roku szkolnego) najmłodsi poza opowiedzeniem bajki/historii na dobranoc proszą o coś jeszcze…

– Mamuś, a opowiedz nam jakąś Twoją historię z życia… Może być ta o klockach i wujku albo burzy i cioci, albo zabawie w śpiącą królewnę…

Coraz częściej daję się namówić na te opowiastki. Sporo historii z moich młodzieńczych lat dzieciaki już znają  (najczęściej takie z morałem na końcu), część zapewne jeszcze przed nimi. Przyznaję się, że zarówno ja, jak i dzieciaki czerpiemy sporo radości z obcowania ze sobą, a także z dzielenia się częścią swoich przeżyć. To niesamowite jak szkraby chłoną te opowieści i jak doskonale potrafią się odnieść do ich morałów w codziennym życiu.

Ten nasz wieczorny rytuał trwa już od pewnego czasu, myślę, że jeszcze odrobinę potrwa nim zmieni się bądź ewoluuje w coś innego.

 

Jednego wieczora natchnęło mnie na wspominki dotyczące zabawek mojego dzieciństwa. A że przyszło mi dorastać w trudnych dosyć czasach, nie było ich (zabawek) – przynajmniej na samym początku – zbyt wiele. Kiedy jednak sięgnęłam pamięcią nieco głębiej przypomniałam sobie o jednej, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Zakładam, że większość z Was, zaglądających na bloga, jest w podobnym do mnie wieku. Nasze dzieciństwo oraz młodzieńcze lata przypadły na lata 80-te i 90-te. Doskonale zatem powinniście pamiętać chyba pierwszą z elektronicznych gier, w której należało dbać o swojego odrobinę wirtualnego pupila. Tamgotchi  – bo o nim tu mowa – zyskało popularność w drugiej połowie lat 90-tych. To wtedy też zostało stworzone. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego stworka i moją ogromną chęć i zawzięcie w dbaniu o niego.

Opowieść o „wirtualnym” zwierzątku zainteresowała moje dzieciaki na tyle,  że w następnego dnia w sieci szukałam zdjęć lub filmików elektronicznych jajek.

W dzisiejszych czasach zabawka tego typu to „normalka” jakby to powiedział mój syn, jednak 20 lat temu to było dopiero coś.

Przeszło mi przez myśl, by moim szkrabom tamagotchi sprawić, by zobaczyły, co kiedyś i mnie zachwycało, jednak ze względu na problemy ze wzrokiem syna owa zabawka (nieodpowiednia wielkość dla dziecka niedowidzącego oraz mało czytelny ekran) zapewne pociech, by nie zachwyciła.

 

W tym samym czasie – cóż za zbieg okoliczności! – w nasze ręce trafiły dwa niewielkie interaktywne psiaki Zoomer Zupps od Spin Master.

Pieski, o których mowa to niewielkie (dosłownie kieszonkowe) szczeniaczki. Okazało się, że naszych nowych „gości”, a dziś już „domowników” uznać możemy za odrobinę współcześniejszą wersję elektronicznej zabawki sprzed lat.

Interaktywne szczeniaczki domagają się opieki – lubią być głaskane i dotykane. Na dotyk oczywiście reagują (pieski posiadają sensor w głowie, który pozwala na reagowanie na dotyk opiekuna). Co więcej, im intensywniej poświęcasz im czas – głaszczesz, bawisz się z nimi, karmisz – tym są szczęśliwsze. Gdy są naprawdę zadowolone z opieki w zamian usłyszeć możemy jak wyszczekują „I love you”.

Interaktywne szczeniaczki Zoomer Zupps posiadają podświetlane oczy (to potwierdza ich aktywność), wydają z siebie dźwięki jak prawdziwe szczeniaczki, popiskują, szczekają, podwarkują.

Różnymi rodzajami dźwięków dają znać o tym, czy są szczęśliwe, smutne, głodne, czy najedzone.

Co więcej każdy ze szczeniaczków posiada unikatowe, sekretne sztuczki (w przypadku naszych piesków dźwiękowe), które odkryć może ich właściciel poprzez kombinację odpowiednich chwytów (głaskanie, naciskanie nosa, przytrzymanie nosa i głowy jednocześnie).

To jeszcze nie wszystko!

Tamagotchi oferowało nam kilka trybów funkcjonowania wybranych stworków, ze szczeniaczkami jest podobnie.

Przez ponad miesiąc zabawy naszymi pieskami możemy potwierdzić, iż te funkcjonują w oparciu o trzy tryby: tryb opieki (głaskanie, naciskanie noska, karmienie przez naciśnięcie noska,  itp.), tryb gry uruchamiany przez jednoczesne przytrzymanie noska pieska i jego główki) oraz tryb specjalnych sztuczek (każdy szczeniak posiada inną specjalną umiejętność).

Nasze szczeniaczki to granatowy retriever o imieniu King oraz różowa mopsiczka o imieniu Princess.

Fakt, iż mimo prostoty i niewielkich rozmiarów psiaki co rusz odkrywają przed nami swoje nowe oblicze sprawia, że nie nudzą się zbyt szybko, choć rzecz oczywista – przerwy w opiece nad psiakami się nam zdarzają. Co w sumie użytkownikom psiaków polecamy, gdyż np. nocne popiskiwania do najprzyjemniejszych nie należą.

Szczeniaczki doskonale sprawdziły się w czasie naszych wakacyjnych podróży umilając nam czas w samochodzie, ich kieszonkowy charakter pozwolił na zabieranie ich ze sobą wszędzie, gdzie tylko dzieciaki miały  na to ochotę.

Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę dla kogo interaktywne szczeniaczki byłby odpowiednią zabawką?

Jestem zdania, iż nawet  najbardziej rozbudowana interaktywna zabawka nie zastąpi dziecku zwierzęcego przyjaciela (sama wychowywałam się w domu z psem, świnką morską, żółwiami, królikiem, rybkami dziś świadoma jestem tego, ile dobrego z tego wynikło, choć żegnanie swoich zwierzęcych przyjaciół, szczególnie jako dziecko, nie były łatwe), wydaje mi się jednak, iż zabawy i opieka nad  interaktywnym psiakiem może stać się doskonałym wstępem do tego, czego możemy się spodziewać posiadając żywe zwierzę.

Dziecku należy wytłumaczyć, że żywe zwierzątko to nie robot, którego można wyłączyć, jednak intensywność opieki i sam fakt konieczność pamiętania o niej wobec żywego zwierzaka interaktywna zabawka może nam przybliżyć.

Myślę, że Zoomer Zupps doskonale sprawdzą się też w sytuacji, gdy planujemy zakup większego, interaktywnego robota. Fakt, iż te większe mają zdecydowanie więcej funkcji, jednak już na dużo tańszym maluszku jesteśmy w stanie sprawdzić, czy taki prezent jest odpowiedni dla naszej pociechy.

Szczeniaki z serii Zoomer Zupps zachwycą również małych kolekcjonerów – na rynku dostępna jest spora ilość szczeniaczków o różnych rasach. Jestem pewna, że każdy mały kolekcjoner znajdzie tu coś dla siebie.

Szczeniaczki zachowujące się jak prawdziwe pieski i wydające takie dźwięki (rzecz jasna psiej mowy nie rozumiemy, za to piski interaktywnych szczeniaków za każdym razem stawiały  na nogi naszego prawdziwego psiaka, więc pewnie coś z tymi najprawdziwszymi psimi wspólnego mają) z całą pewnością okażą się też odpowiednią zabawką dla każdego małego fana psów.

Na sam koniec dodam tylko, iż nasze mini szczeniaczki przeznaczone są dla dzieci w wieku od lat 4.

 

 

Perplexus – niesamowity labirynt 3D zamknięty w kuli

Lubimy rozwiązywać wszelkiego typu łamigłówki, przepadamy za krzyżówkami, cieszą nas wizyty w tzw. escape room’ach. Satysfakcja z dobrze rozwiązanego zadania jest ogromna, warta każdego – umysłowego i nie tylko – wysiłku włożonego w jego rozwiązanie.

Labirynty to także nasz konik, poczynając od tych tworzonych w polach kukurydzy, po te przygotowywane przez nas z użyciem klocków, czy tektury i plasteliny.

Ponieważ moje pociechy osiągnęły już słuszny wiek, jak to oni mawiają, są już “prawie młodzieżą” postanowiliśmy pójść o krok dalej.

Z początkiem czerwca w nasze ręce trafiła niezwykła kula. Przeźroczysta figura – Labirynt Perplexus Rookie od Spin Master, w której to zamknięty jest dosyć skomplikowany labirynt 3D (jak podaje producent o długości 5m!). Manewrując przezroczystą „piłką” gracze poruszają jednocześnie mała stalową kulką wewnątrz niej. Wybór odpowiedniej drogi w tym trójwymiarowym, przeczącym grawitacji, świecie nie jest prostą sprawą. Pośród wielu dróg, ukrytych jest aż 70 wyzwań, które dążąc do wygranej należy pokonać/przejść/przeturlać się po nich.

Zorientowanie się w jaki sposób obracać kulą i jakie zasady rządzą zamkniętym w niej labiryntem nie tylko będą doskonałą zabawą, ale również wspaniałym, rozwijającym umysł ćwiczeniem. Perplexus Rookie (czyli tzw. Debiutancki Etap) to gra niesamowita.

Labiryntowe wyzwanie poza dobra zabawą wspiera również rozwój małego gracza, kształtując liczne jego umiejętności: sprawność motoryczną – precyzję ruchów, koordynację wzrokowo – ruchową, cierpliwość oraz wyobraźnię przestrzenną, wzmacnia także koncentrację oraz pomaga się wyciszyć i zrelaksować.

Nasza wersja Perplexus’a to tzw. Rookie – wersja dla początkujących. Kula zbudowana jest tu z cienkiego, przeźroczystego tworzywa, co tylko ułatwia podglądanie naszych manewrów. „Przeźroczysta piłka” otoczona jest pierścieniem, który na myśl przynosi pierścienie Saturna – ten z kolei nie jest tylko ozdobą, gdyż pomaga on w zapewnieniu jeszcze pewniejszego chwytu gry, w trakcie manipulowania.

Wielkość łamigłówki wydaje się idealnie dobrana zarówno dla mniejszych jak i większych dłoni – jest bardzo lekka i łatwo się nią obraca. Żaden z członków naszej rodziny nie miał z tym problemu.

W środku zobaczyć możemy żółto – biało – szary labirynt.

Co trzeba zrobić, by udało się pokonać nam perplexus’ową zagadkę?

Wystarczy konsekwentnie trzymać poziom, nie rozpędzać za bardzo kulki i nie pogubić się w labiryncie, a rozwiązanie przyjdzie samo. Oczywiście utrzymanie odpowiedniej równowagi, nie rozpędzanie kulki okazuje się łatwe jedynie w teorii. Pamiętajcie jednak, że najważniejsze to nie zrażać się i konsekwentnie dążyć do celu, a przede wszystkim traktować to jako świetną, rozwijającą zabawę.

Pisząc o Perplexus’ie powinnam Was ostrzec – wyzwania Perplexus’a uzależniają, po pierwszym przejściu wracamy do niego, rozwiązujemy szybciej i intensywniej, za każdym razem jakby odrobinę inaczej…

Model, którego wyzwanie udało nam się podjąć i zrealizować gorąco Wam polecamy, gwarantujemy, że będziecie się dobrze z nim bawić!

My zaś rozglądamy się już za kolejnym, odrobinę bardziej rozbudowanym.

O szyciu, życiu i czasie spędzanym razem z dziećmi…

Zdarza się Wam czasem zatrzymać gdzieś w biegu i złapać myśl: „gdzie ten świat tak pędzi?”

Najczęściej na co dzień nie uświadamiamy sobie tego, że nie wiedzieć kiedy i dlaczego bierzemy udział w zwariowanym wyścigu. Biegniemy, ścigamy się, przepuszczamy przez palce ważne chwile, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co najważniejsze.

Od czasu mojego powrotu do obowiązków zawodowych chwil, które w pełni mogłabym poświęcić swoim pociechom z dnia na dzień jest coraz mniej. Mam czasem wrażenie, że wyszarpuję ich fragmenty z każdego dnia, tak by móc stworzyć z tego jakoś sensowną całość. Czasem myślę, że to wszystko nie tak powinno być, jednak po chwili biorę się w garść, by sprawić, by owe momenty spędzone razem były czasem jak najbardziej wartościowym.

Co robimy, by spędzać czas razem, a nie tylko obok?

Jednym z naszych sposobów na spędzanie czasu razem jest dzielenie się swoimi pasjami.

Nie zdziwi to chyba nikogo, że bardzo lubimy wszelkiego rodzaju aktywności plastyczne, choć im jesteśmy starsi sięgamy też częściej po inne działania.

Od dłuższego już czasu dzieciaki przyglądały się moim poczynaniom związanym z szyciem. Nie jestem profesjonalistką, nie radzę sobie z wszystkimi wykrojami, ale najprostsze rzeczy uszyć potrafię. Moja maszyna kusiła ich bardzo, więc pod bacznym okiem pozwoliłam im na podejmowanie prób prawie samodzielnego szycia.

Nie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie. Za każdym razem obawiałam się palców przeszytych przez igłę lub też dłoni uszkodzonych przez  maszynową„stopkę”.

Nie raz przekonałam się o tym, iż najciekawsze, najlepsze i najsensowniejsze rozwiązania najczęściej przychodzą same. Kiedy więc po raz kolejny wstrzymywałam oddech z obawy o paluchy córki i syna rozwiązanie znalazło się samo. Prezent z okazji Dnia Dziecka okazał się idealnym rozwiązaniem dla rwących się do szycia kilkulatków i bojących się o palce dzieciaków matki.

W nasze ręce trafiła maszyna do szycia Spin Master Cool Maker.

Choć prezent tuż po rozpakowaniu wywołał efekt wow, postanowiliśmy wstrzymać się nieco z jego oceną, ochłonąć i na spokojnie podzielić się z Wami naszymi przemyśleniami.

Po blisko miesięcznym testowaniu na sposoby wszelakie ze śmiałością stwierdzić możemy, że maszyna Cool Maker okazała się być bezpiecznym (w pełni zabezpieczone „stopka” i „igła”) prezentem doskonałym. Solidnie wykonana, w pięknych, soczystych kolorach już samym swoim wyglądem zachęca do sięgnięcia po nią. Na jej korzyść przemawia również całe mnóstwo akcesoriów dodatkowych załączonych do zestawu (sznurki, włóczki, różnego rodzaju tkaniny, gotowe szablony do uszycia mini poduszek, itp.).

Nowe, turkusowo – różowe cudeńko szybko nas przekonało do siebie.

Choć urządzenie to nie do końca szyje, tak jak towarzysząca nam wcześniej „dorosła” maszyna, nie ma jednak najmniejszego problemu, by z jego użyciem połączyć załączone do zestawu tkaniny.

Tkaniny przypominające w dotyku cienki filc łączą się same ze sobą, inne tkaniny najlepiej łączyć z użyciem sznurka przypominającego włóczkę.

By obcować z  maszyną Cool Maker nie potrzebne są żadne umiejętności krawieckie. Wystarczy włączyć maszynę, wcisnąć przycisk i rozpocząć tworzenie.

Zostanie małą krawcową prawdopodobnie nigdy nie było tak łatwe.

Z pomocą maszyny w rękach mojej latorośli w mig powstały poduszeczki oraz gumka do włosów. Bez problemu poradziłyśmy sobie również z córką ze stworzeniem pomponów. Maszyna posiada do tego specjalną dokładkę.

Niepozorny upominek zafundował nam mnóstwo wspólnej, kreatywnej zabawy. Projektowanie, samodzielne szycie wzorów dało moim pociechom coś jeszcze. Zabawa tego typu rozwija dziecięcą wyobraźnię, zdolności manualne, wspomaga rozwój koordynacji wzrokowo-ruchowej, a także zmysł estetyki, że nie wspomnę już o tym, iż wreszcie mogę spokojnie złapać oddech nie przejmując się tym, co stanie się z palcami moich dzieciaków.

Myślicie, że i Waszym pociechom spodobałoby się “szyciowe” spędzanie wspólnego czasu?

 

 

5 sposobów na klocki rzepy (Bunchems)

Piękna pogoda zachęca do spacerów, zabaw na świeżym powietrzu  oraz eksplorowania najbliższej okolicy. Niestety bywa i tak, że mimo słońca za oknem gdzieś obok pojawia się czynnik zmuszający nas do spędzania czasu w czterech ścianach.

Tym razem dopadło nas paskudztwo zwane rumieniem zakaźnym. To ono od blisko tygodnia wymusza na nas unikanie wyjść.

Dzieciaki doskonale radzą sobie ze znalezieniem sposobu na spędzenie chwil w domu, mimo to i ja staram się wskazać im co najmniej kilka alternatyw spędzania czasu tak, by jednocześnie dać im swobodę wyboru decydowania o tym, co robić będą.

Ponieważ w ostatnim czasie sporym zainteresowaniem cieszą się u nas rzepowe klocki Bunchems, dziś pokażę Wam kilka aktywności z ich wykorzystaniem.

1. GRA SPRAWNOŚCIOWA “ŁOWIMY RYBY”

Do przygotowania gry usprawniającej motorykę dziecka oraz  koordynację oko -ręka wystarczy przygotować kilka kolorowych szablonów rybek. My stworzyliśmy je obrysowując nasze dłonie. Do rybki doklejamy (w naszym przypadku na taśmę dwustronną, choć zdecydowanie trwalszym rozwiązaniem byłoby użycie kleju na gorąco) rzep. Następnie wykorzystując jakiś patyk lub inny drewniany sprzęt (chociażby łyżkę) tworzymy wędkę zakończoną również rzepem.

Nie pozostaje nic inne jak przyjęcie chwilowej roli wędkarza i wyłowieni wszystkich bunchemsowych ryb z naszego zbiornika wodnego.

2. AKCJA SEGREGACJA

Klasyfikowanie, segregowanie, to umiejętność matematyczna, którą nasze pociechy rozwijają od najmłodszych lat. Początkowo skupiamy się na segregowaniu w oparciu o jedną cechę (np. kolor czy wielkość, itp), by z czasem utrudniać zadanie wprowadzając coraz to więcej wytycznych.

Bunchems mają bogatą gamę kolorystyczną, co automatycznie nasuwa możliwość ich wykorzystania podczas ćwiczenia klasyfikowania. Wystarczy przygotować  wycięte z tekturki koła w podobnych kolorach, by zachęcić dziecko do segregowania. Segregowanie według kolorów samo w sobie może wydać się zbyt proste, dlatego polecamy, by ową czynność nieco uatrakcyjnić, jednocześnie utrudnić i użyć do niego pęsetę (dodatkowo poza kompetencjami matematycznymi rozwijamy tutaj też motorykę małą dziecka).

Nic nie stoi na przeszkodzie, by na naszych tekturowych podkładkach wypisać odpowiednie liczby. Wtedy na daną podkładkę ułożyć musimy tylko wskazaną ilość rzepów.

3. OBRAZKOWE KODOWANIE

Kodowanie stało się w ostatnim czasie bardzo modne. Ulegliśmy odrobinie modzie i z wykorzystaniem Bunchems oraz dwóch tabelek opisanych w podobny sposób jak w popularnej grze w statki skupiliśmy się na przekazywaniu zakodowanej informacji.

W pierwszej kolejności jedna z osób stworzyła rysunek, by następnie w postaci kodu: “2c pomarańczowy, 2e pomarańczowy, 8d zielony, itp.” – nie pokazując co stworzyła – przekazać obraz drugiej osobie.

W ten sam sposób podawaliśmy sobie drogę przez labirynt ułożony z Bunchems właśnie.

4. ZABAWY Z ALFABETEM

Kolejna zabawa to rewelacyjna aktywność utrwalająca znajomość liter pisanych polskiego alfabetu. Wypełnianie wybranymi Bunchems kolejnych liter 0raz tworzenie w następnej kolejności wybranych wyrazów to to, z czym nawet  najbardziej oporni nauce czytania powinni sobie poradzić.

Gdyby ktoś z Was chciał skorzystać z naszych szablonów liter – można je pobrać TUTAJ 

5. WIECZORNE PODCHODY

Nie wiem czy wiecie, ale w ofercie klocków Bunchems znajdują się również takie, które świecą w ciemności.

W naszym posiadaniu są dwa świecące zestawy: smoki oraz jednorożce.

Poza tworzeniem klasycznych bunchemsowych konstrukcji wykorzystaliśmy świecące klocki do przygotowania wieczorno/nocnych podchodów. Naświetlone strzałki rozłożone po całym domu doprowadziły nas do niespodzianki…

Na końcu naszych podchodów czekała na nas (o czym już wyżej wspomniałam) niespodzianka – jak to zwykle w podchodach bywa – ogromne jajo Hatchimals, nie jednak takie zwyczajne, bo pełne Bunchems właśnie. Po wykluciu się rzepów zgodnie z instrukcją stworzyliśmy słodkiego pingwinka Penguala.

Odczytywanie i tworzenie według instrukcji, obcowanie z klockami, które stymulują sensorycznie nasze dłonie, a wreszcie osiągnięcie zaplanowanego efektu w postaci gotowej konstrukcji to całkiem spora dawka pozytywnych oddziaływań na naszą pociechę.

Jak Wam podobają się nasze rzepowe pomysły?

Tak naprawdę całkiem sporo z nich odnieść można do każdego rodzaju klocków, jeśli jednak nasuwają się Wam jeszcze jakieś pomysły na wykorzystanie rzepów w zabawie – koniecznie się nimi z nami podzielcie.