Sposobów kilka na owoce (zabawy z językiem angielskim)

Okres życia człowieka od narodzin do ukończenia 6, a nawet 8 roku życia nazywany jest okresem szczególnej wrażliwości językowej. To czas intensywnego poznawania języka ojczystego (i nie tylko). To okres, kiedy dziecko “uczy się” go (choć to nie do końca dobre słowo) w sposób nieświadomy, dokładnie tak jak zdobywa inne umiejętności takie jak chodzenie czy samodzielne spożywanie posiłków.

Od pewnego czasu już nie dziwi nas fakt, że przedszkolak dużo łatwiej “łapie” wyrażenia angielskie, niż jego rodzic (oczywiście, że ten też “łapie”, ale kosztuje go to dużo więcej wysiłku).

Dziecięca naturalność i łatwość w przyswajaniu wiedzy aż kusi, by stwarzać dzieciom warunki takie, by mogły w naturalny sposób przyswajać wiedzę, kolejny język. A jeśli to uczynimy, to z całą pewnością zadbamy tym samym o ich rozwój osobowy i społeczny, a w konsekwencji także o ich zdrowie (Włoscy naukowcy z Uniwersytetów w Milano i Bolzano doszli do wniosku, że ze względu na fakt, iż u osób dwujęzycznych mózg jest zmuszony do ciągłej aktywności, zapobiega to chorobom neurodegeneracyjnym, w tym demencji i chorobie Alzheimera. Psycholingwista Ellen Białystok z Uniwersytetu w Toronto potwierdza tę tezę, stwierdzając na podstawie swoich badań, że osoby dwujęzyczne wykazywały symptomy choroby Alzheimera kilka lat później w stosunku do tych jednojęzycznych, u których występowało ten sam rodzaj choroby.*).

Odkąd mam możliwość stwarzania sytuacji, w których używanie języka obcego przychodzi dzieciakom naturalnie, odtąd staram się przygotowywać zajęcia językowe dla moich wychowanków w taki sposób, by sprawiły im przede wszystkim dużo radości, by pozwoliły  na ciekawą zabawę i by przy okazji pozwoliły poznawać kolejne słowa i wyrażenia. Tym razem pokażę Wam kilka inspiracji związanych z tematem owoców (i warzyw).

Owoce i warzywa to dosyć popularny i jednocześnie lubiana przez najmłodszych tematyka. Co takiego spodobało się moim wychowankom najbardziej?

MINI RZEŹBY PAPIEROWE

Standardowe karty obrazkowe, kostka obrazkowa, sylwety owoców, ich drewniane kopie, czy też najprawdziwsze owoce i warzywa to wszystko możecie śmiało wykorzystać do zapoznania dzieci z nowymi słowami w języku angielskim.

Podczas jednych z zajęć poszłam o krok dalej. Przygotowałam niewielkie sylwety rzeźb papierowych  (tworzy się je z papieru oraz taśmy malarskiej) w kształcie owoców i kiedy już po szeregu zabaw utrwalających nowe słownictwo postanowiliśmy je sobie raz jeszcze uporządkować losowaliśmy z drewnianej skrzynki konkretną sylwetę – nazywaliśmy ją – by następnie zająć się jej pomalowaniem. Przy okazji był to dobry moment, by móc utrwalić również nazewnictwo poszczególnych kolorów.

Zobaczcie, jakie mini cudeńka z papieru można stworzyć.

Po wysuszeniu nasze dzieła są na tyle trwałe, że możemy je wykorzystać jako “losy” pozwalające się nam dobierać w grupy lub też jako elementy wyznaczające nasze role w grze typu “sałatka owocowa”.

UKŁADANKA “NA STRAGANIE” WYD. EPIDEIXIS

Puzzle “Układanka. Na straganie” Wyd. Epideixis trafiły w nasze ręce w 2015 roku. Wtedy doskonale spisały się jako prosta, 4-elementowa układanka dla najmłodszych ćwicząca spostrzegawczość, koncentrację uwagi oraz logiczne myślenie.  Co więcej pozornie prosta układanka skłaniała bawiące się nią dzieci do odpowiedniego manipulowania poszczególnymi elementami, a wpływa to również w tym przypadku na rozwijanie sprawności ręki oraz motoryki małej. Najmłodsi układający kolejne elementy prostych puzzli rozwijają również zasób swojego słownictwa.

W ostatnim czasie wydawnictwo do pudełka z puzzlami dołożyło coś jeszcze  – plansze do samodzielnego wycięcia, zawierające polskie i angielskie nazwy przedstawionych na obrazkach owoców i warzyw. Ta niewielka zmiana daje nam dużo więcej możliwości wykorzystywania tego samego zestawu.

Ponieważ moje przedszkolaki jeszcze nie czytają, ale wyrażają spore zainteresowanie literami podczas zajęć w ramach ciekawostki wykorzystuję angielskie podpisy pod puzzle. Zadanie dziecka polega na ułożeniu układanki (ze względu na niewielką ilość elementów trwa to dosyć krótko/sprawnie), wypowiedzeniu konkretnej nazwy produktu oraz dobraniu do ułożonego owocu/warzywa odpowiedniego napisu. To takie “globalne czytanie” tyle tylko, że w języku angielskim.

Ta prosta aktywność sprawia, że dzieci automatycznie zapamiętują wygląd danego wyrazu i przyporządkowują go poszczególnej sylwecie owocu lub warzywa. W przyszłości będzie im o wiele łatwiej odnaleźć się w gąszczu nowych angielskich wyrazów.

PIRAMIDA OWOCOWA (do wydruku)

Ostatnimi czasy dużą atrakcję dla moich przedszkolaków stanowi domino w formie piramidy. Ponieważ tego typu układanki bardzo im się podobają, staram się na każdy nowy temat tworzyć odpowiednią. Tym razem jest to piramida owocowa.

Na czym polega zabawa z użyciem piramidy.  W przypadku moich zajęć dzielę dzieciaki na dwie grupy (dlatego, że tworzone przeze mnie piramidy zawierają mniej więcej 9 elementów, tyle wystarczy, by utrwalić 9 słów).

Rozkładam poszczególne elementy piramidy – trójkąty na dywanie. Jeden element układam na środku koła, w którym siedzą dzieci. Zwracam się do poszczególnych dzieci: “imię dziecka choose one piece of the pyramid, please”/ “What fruits do you see on the triangle/in the picture?“/”Match it to the rest…, please”/ “Well done!”, itp.

I tak kolejno budujemy piramidę, która na samym końcu osiąga taki oto stan:

Gdyby ktoś z Was był zainteresowany pobraniem piramidy w formacie pdf – możecie to zrobić TUTAJ

PUS “HAPPY ENGLISH”

W pracy indywidualnej lub z nieco starszymi uczniami do utrwalenia nazw owoców i warzyw (jedzenia) i nie tylko nadają się idealnie książki “Happy English”. To pomoce, które wykorzystujemy razem z Systemem Edukacji PUS (Pomyśl – Ułóż – Sprawdź).

Zadanie dziecka polega tutaj na odpowiednim dopasowaniu kafelka/klocka z numerem do odpowiedniego pola w pudełku kontrolnym. Po odpowiednim dopasowaniu wszystkich ponumerowanych płytek następuje tu element sprawdzający. Pudełko zamykamy, obracamy, klocki przewracają się na drugą stronę ukazując kolorowy wzór, który sprawdzamy z poprawnie rozrysowanym wzorem w książeczce.

Proste, a niezwykle wciągające.

_ _ _

*źródło: KLIK

 

 

A to Ci bałwan!

Od dawna już marzyliśmy o zbudowaniu bałwana, o bitwie na śnieżki, o skorzystaniu z nart biegowych, które póki co kurzą się w garażu. Od dawna marzyliśmy o tym, by odwiedziła nas wreszcie zima, taka z prawdziwego zdarzenia – ze śniegiem skrzypiącym pod butami i mrozem.

Nie musi trwać długo, ale miło by było, gdyby dała nam szansę na kilka zabaw białym puchem.

Zimy jak nie ma, tak nie ma. Rekompensujemy sobie więc jej braki innymi zabawami. Tym razem padło na bałwana, nie takiego zwykłego jednak, a bałwana, który jednocześnie za cel śnieżkowej bitwy może służyć.

Rolę śnieżek pełniły pompony, które stworzyliśmy sami. Celem stał się tekturowy bałwan…

Zresztą sami zobaczcie jaki mieliśmy ubaw, a przy tym jak świetnie ćwiczyliśmy naszą celność (koordynację oko – ręka).

 

Magiczna ciastolina (bez gotowania) inspirowana Krainą Lodu

Choroby mają to do siebie, że atakują znienacka, niezwykle podstępnie, zazwyczaj wtedy, kiedy ich “obecność” jest nam do szczęścia w ogóle niepotrzebna.
Dwójka chorych, marudnych, dzieciaków w domu, do tego matka, którą rozbolał ząb i mimo interwencji dentystycznej boli nadal. Wydawałoby się, że takie połączenie naprawdę nic dobrego przynieść nie może, a tymczasem przyniosło kilka godzin doskonałej, magicznej, mieniącej się brokatem zabawy.
Zainspirowani jednym z naszych ulubionych obrazów – Krainą Lodu, wykorzystując przy tym nasz przepis na ciastolinę bez gotowania, wygrzebaliśmy z kreatywnej szuflady zbiory brokatu oraz niebieską farbę temperową. Stworzyliśmy tym samym magiczną, mieniącą się “kryształkami lodu” ciastolinę, która przez następne kilka godzin towarzyszyła nam w iście zimowej zabawie.
Jeśli wciąż nie skusiliście się, by wypróbować nasz ciastolinowy przepis serdecznie Was do tego zachęcamy…

 

Składniki podane w kolejności wsypywania ich do miski:

– 2 szklanki mąki pszennej

– 1 szklanka soli (drobnej, nie kryształki)

– 2 łyżki oleju roślinnego

– 2 łyżki (płaskie) proszku do pieczenia

– 1, 5 szklanki wrzącej wody (takiej co to dopiero się przegotowała)

– do całości dodaliśmy trochę niebieskiej farby temperowej oraz dużoooo brokatu.

Całość mieszamy jakimś mieszadłem, najlepiej drewnianym, bo to słabiej przejmuje ciepło. Kiedy gorąca woda wsiąknie w resztę składników masa zrobi się ciepła, jednak pozwoli nam już na wyrobienie ręczne. Wyrabiamy więc przez chwilę masę rękami, aż konsystencją ciastolinę sklepową zacznie przypominać.

O niezwykłej Księżniczce i Królu (interaktywne szczeniaki Spin Master)

W ostatnim czasie, gdy przychodzi moment na wieczorny odpoczynek (a w wakacje ma to miejsce odrobinę później niż w czasie roku szkolnego) najmłodsi poza opowiedzeniem bajki/historii na dobranoc proszą o coś jeszcze…

– Mamuś, a opowiedz nam jakąś Twoją historię z życia… Może być ta o klockach i wujku albo burzy i cioci, albo zabawie w śpiącą królewnę…

Coraz częściej daję się namówić na te opowiastki. Sporo historii z moich młodzieńczych lat dzieciaki już znają  (najczęściej takie z morałem na końcu), część zapewne jeszcze przed nimi. Przyznaję się, że zarówno ja, jak i dzieciaki czerpiemy sporo radości z obcowania ze sobą, a także z dzielenia się częścią swoich przeżyć. To niesamowite jak szkraby chłoną te opowieści i jak doskonale potrafią się odnieść do ich morałów w codziennym życiu.

Ten nasz wieczorny rytuał trwa już od pewnego czasu, myślę, że jeszcze odrobinę potrwa nim zmieni się bądź ewoluuje w coś innego.

 

Jednego wieczora natchnęło mnie na wspominki dotyczące zabawek mojego dzieciństwa. A że przyszło mi dorastać w trudnych dosyć czasach, nie było ich (zabawek) – przynajmniej na samym początku – zbyt wiele. Kiedy jednak sięgnęłam pamięcią nieco głębiej przypomniałam sobie o jednej, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Zakładam, że większość z Was, zaglądających na bloga, jest w podobnym do mnie wieku. Nasze dzieciństwo oraz młodzieńcze lata przypadły na lata 80-te i 90-te. Doskonale zatem powinniście pamiętać chyba pierwszą z elektronicznych gier, w której należało dbać o swojego odrobinę wirtualnego pupila. Tamgotchi  – bo o nim tu mowa – zyskało popularność w drugiej połowie lat 90-tych. To wtedy też zostało stworzone. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego stworka i moją ogromną chęć i zawzięcie w dbaniu o niego.

Opowieść o „wirtualnym” zwierzątku zainteresowała moje dzieciaki na tyle,  że w następnego dnia w sieci szukałam zdjęć lub filmików elektronicznych jajek.

W dzisiejszych czasach zabawka tego typu to „normalka” jakby to powiedział mój syn, jednak 20 lat temu to było dopiero coś.

Przeszło mi przez myśl, by moim szkrabom tamagotchi sprawić, by zobaczyły, co kiedyś i mnie zachwycało, jednak ze względu na problemy ze wzrokiem syna owa zabawka (nieodpowiednia wielkość dla dziecka niedowidzącego oraz mało czytelny ekran) zapewne pociech, by nie zachwyciła.

 

W tym samym czasie – cóż za zbieg okoliczności! – w nasze ręce trafiły dwa niewielkie interaktywne psiaki Zoomer Zupps od Spin Master.

Pieski, o których mowa to niewielkie (dosłownie kieszonkowe) szczeniaczki. Okazało się, że naszych nowych „gości”, a dziś już „domowników” uznać możemy za odrobinę współcześniejszą wersję elektronicznej zabawki sprzed lat.

Interaktywne szczeniaczki domagają się opieki – lubią być głaskane i dotykane. Na dotyk oczywiście reagują (pieski posiadają sensor w głowie, który pozwala na reagowanie na dotyk opiekuna). Co więcej, im intensywniej poświęcasz im czas – głaszczesz, bawisz się z nimi, karmisz – tym są szczęśliwsze. Gdy są naprawdę zadowolone z opieki w zamian usłyszeć możemy jak wyszczekują „I love you”.

Interaktywne szczeniaczki Zoomer Zupps posiadają podświetlane oczy (to potwierdza ich aktywność), wydają z siebie dźwięki jak prawdziwe szczeniaczki, popiskują, szczekają, podwarkują.

Różnymi rodzajami dźwięków dają znać o tym, czy są szczęśliwe, smutne, głodne, czy najedzone.

Co więcej każdy ze szczeniaczków posiada unikatowe, sekretne sztuczki (w przypadku naszych piesków dźwiękowe), które odkryć może ich właściciel poprzez kombinację odpowiednich chwytów (głaskanie, naciskanie nosa, przytrzymanie nosa i głowy jednocześnie).

To jeszcze nie wszystko!

Tamagotchi oferowało nam kilka trybów funkcjonowania wybranych stworków, ze szczeniaczkami jest podobnie.

Przez ponad miesiąc zabawy naszymi pieskami możemy potwierdzić, iż te funkcjonują w oparciu o trzy tryby: tryb opieki (głaskanie, naciskanie noska, karmienie przez naciśnięcie noska,  itp.), tryb gry uruchamiany przez jednoczesne przytrzymanie noska pieska i jego główki) oraz tryb specjalnych sztuczek (każdy szczeniak posiada inną specjalną umiejętność).

Nasze szczeniaczki to granatowy retriever o imieniu King oraz różowa mopsiczka o imieniu Princess.

Fakt, iż mimo prostoty i niewielkich rozmiarów psiaki co rusz odkrywają przed nami swoje nowe oblicze sprawia, że nie nudzą się zbyt szybko, choć rzecz oczywista – przerwy w opiece nad psiakami się nam zdarzają. Co w sumie użytkownikom psiaków polecamy, gdyż np. nocne popiskiwania do najprzyjemniejszych nie należą.

Szczeniaczki doskonale sprawdziły się w czasie naszych wakacyjnych podróży umilając nam czas w samochodzie, ich kieszonkowy charakter pozwolił na zabieranie ich ze sobą wszędzie, gdzie tylko dzieciaki miały  na to ochotę.

Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę dla kogo interaktywne szczeniaczki byłby odpowiednią zabawką?

Jestem zdania, iż nawet  najbardziej rozbudowana interaktywna zabawka nie zastąpi dziecku zwierzęcego przyjaciela (sama wychowywałam się w domu z psem, świnką morską, żółwiami, królikiem, rybkami dziś świadoma jestem tego, ile dobrego z tego wynikło, choć żegnanie swoich zwierzęcych przyjaciół, szczególnie jako dziecko, nie były łatwe), wydaje mi się jednak, iż zabawy i opieka nad  interaktywnym psiakiem może stać się doskonałym wstępem do tego, czego możemy się spodziewać posiadając żywe zwierzę.

Dziecku należy wytłumaczyć, że żywe zwierzątko to nie robot, którego można wyłączyć, jednak intensywność opieki i sam fakt konieczność pamiętania o niej wobec żywego zwierzaka interaktywna zabawka może nam przybliżyć.

Myślę, że Zoomer Zupps doskonale sprawdzą się też w sytuacji, gdy planujemy zakup większego, interaktywnego robota. Fakt, iż te większe mają zdecydowanie więcej funkcji, jednak już na dużo tańszym maluszku jesteśmy w stanie sprawdzić, czy taki prezent jest odpowiedni dla naszej pociechy.

Szczeniaki z serii Zoomer Zupps zachwycą również małych kolekcjonerów – na rynku dostępna jest spora ilość szczeniaczków o różnych rasach. Jestem pewna, że każdy mały kolekcjoner znajdzie tu coś dla siebie.

Szczeniaczki zachowujące się jak prawdziwe pieski i wydające takie dźwięki (rzecz jasna psiej mowy nie rozumiemy, za to piski interaktywnych szczeniaków za każdym razem stawiały  na nogi naszego prawdziwego psiaka, więc pewnie coś z tymi najprawdziwszymi psimi wspólnego mają) z całą pewnością okażą się też odpowiednią zabawką dla każdego małego fana psów.

Na sam koniec dodam tylko, iż nasze mini szczeniaczki przeznaczone są dla dzieci w wieku od lat 4.

 

 

Zróbmy sobie grę!

Lubicie gry? My bardzo! I to zarówno planszowe, jak i wszelkiego typu inne wyzwania dumnie miano gier noszące. Rzecz jasna nie wszystkie nam do gustu przypadają, jednak znaczna ich część jest jak najbardziej ok.

Wiecie, że może być coś jeszcze fajniejszego niż “zwykła” gra?

Gra wymyślona i wykonana przez Ciebie (i/lub Twoje dziecko). Dokładnie tak! Nie ma nic lepszego niż samodzielnie opracowana, dopracowana i przygotowana gra. Przekonaliśmy się o tym już kilkukrotnie.  Jakiś czas temu z wykorzystaniem rolek po papierze toaletowym, dwustronnej taśmy, nożyczek, tektury, kredek oraz pomponów stworzyliśmy grę pod roboczym tytułem “Taka sobie gra”.

Rolki po papierze toaletowym poprzecinaliśmy na dwie mniej więcej równe części. Powstałe pierścienie połączyliśmy ze sobą w taki sposób, by stworzyły nam “planszę” o rozmiarach 4 pierścienie na 4 pierścienie.

 

Następnie zabraliśmy się za stworzenie kart pomocniczych. Rozrysowaliśmy na nich dokładnie taki sam układ pierścieni, jaki wcześniej stworzyliśmy z rolek. Następnie sięgnęliśmy po kolorowe pompony. Z ich pomocą (oraz przy wsparciu kredek) na kolejnych kartach pomocniczych powstały wzory, kolorowe ułożenia pomponów, które w odpowiedni sposób będzie należało odwzorować na planszy.

Pierwszy wariant gry polegał na odwzorowaniu ułożenia pomponów przy użyciu pęsety, to wszystko w ściśle określonym czasie. Okazało się, że z pozoru proste zadanie wcale takie nie jest. Raz, że obsługa pęsety do łatwych nie należy, dwa, że trzeba się nie lada skoncentrować, by w odpowiednie pierścienie kolorowy pompon włożyć. Dzięki tej zabawie doskonalimy nie tylko sprawność manualną, ale również umiejętności matematyczne (liczenie, orientacja przestrzenna).

W drugim wariancie zabawę nieco utrudniliśmy. To druga osoba opisywała osobie układającej na planszy pompony odpowiednie ich położenie.

Trzeci sposób zabawy postanowiliśmy ograniczyć do prób delikatnego rzucania pomponików w odpowiednie pola planszy. Pęseta poszła w odstawkę, a my z ogromną radością i w wielkim skupieniu koncentrowaliśmy się na tym, z jaką siłą “wyrzucić” niewielką, bawełnianą kuleczkę, by trafiła we właściwe “okno”.

Stworzenie własnej gry, a następnie wymyślanie wariantów zabaw z nią to nie tylko dobra zabawa dla całej rodziny, to również wielopłaszczyznowe stymulowanie rozwoju naszych pociech. Czy warto w taki sposób się bawić? Jak najbardziej!

My zachęcamy Was przeogromnie – mamy nadzieję, że z naszego doświadczenia skorzystacie, a może sami wymyślicie coś swojego.

Jeśli tak. Koniecznie Waszymi pomysłami podzielcie się z nami!

Poznaj z nami Poznań i okolice: Park Orientacji Przestrzennej

Szewcowi bez butów zdarza się chodzić…

Choć do szewca mi daleko, a w powyższym stwierdzeniu niekoniecznie o dosłowność chodzi, dziś przekonałam się, że brak obuwia szczególnie, kiedy jest się jakieś dzieścia kilometrów od domu to nic miłego.

Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że moje baleriny nie wytrzymały. Intensywność dzisiejszego dnia, dającego się we znaki upału oraz przebytych kilometrów solidnie wykończyły i nas. Summa summarum skończyło się na tym, że z butem na jednej nodze oraz cholewką bez podeszwy na drugiej (to tak dla zachowania pozorów) wylądowałam w najbliższym sklepie obuwniczym.

Cóż takiego robiliśmy, że moje buty ucierpiały?

Spędziliśmy jeden z najbardziej intensywnych dni w ostatnim czasie. A wszystko to za sprawą odkrycia miejsca, o którym tak naprawdę niewielu wie. Park Orientacji Przestrzennej w pobliskich Owińskach (gmina Czerwonak) to wyjątkowy kompleks. To przede wszystkim przestrzeń służąca rehabilitacji i rewalidacji osób z dysfunkcją wzroku (Park działa przy Ośrodku Szkolno – Wychowawczym dla Osób Niewidomych), to również niezwykłe miejsce, pełne nowych doświadczeń oraz dobrej zabawy, dla osób (takich jak my) spoza Ośrodka.

Park urządzono tak, by niewidome i słabowidzące dzieci mogły oswajać się z dużym miastem bez wychodzenia poza jego teren. Biblioteka dźwięków, odtworzenie architektonicznych modeli rzeczywistych miejsc oraz cała masa przyrządów dydaktycznych (zabawki dźwiękowe, równoważnie, huśtawki, tory przeszkód, itp.) skutecznie to ułatwiają.

Z tych ostatnich, odwiedzając Park jako gość indywidualny, korzystać można do woli. Bez oporów, a także bez ograniczeń (no może poza ograniczeniami dotyczącymi bezpieczeństwa) więc użytkowaliśmy:

– sprężynowe bujaki:

– najróżniejsze karuzele badające, a jednocześnie i usprawniające nasz zmysł równowagi,

– wszelkie mosty i mosteczki,

– zjazd tyrolski,

– trampoliny,

– gniazda na wysokościach zawieszone,

– urządzenia dźwiękowe (grający most),

– ścianki wspinaczkowe,

– oraz wszelkie inne sprzęty do zabawy (i nie tylko) służące…

Zaś na koniec, by odrobinę odsapnąć odwiedziliśmy tutejszych mieszkańców oraz uroki ogrodu przynależącego do Parku, stylizowanego na barokowy, podziwialiśmy…

Park Orientacji Przestrzennej to przepiękne, barwne i niezwykle atrakcyjne miejsce. Co powiecie na fakt, że cała masa tutejszych atrakcji dostępna jest za równe zero złotych?

Dokładnie tak! Wystarczy tylko wybrać się tutaj w odpowiednim czasie (wtedy, kiedy akurat nie odbywają się na jego terenie zajęcia dydaktyczne), by zafundować maluchowi całą masę atrakcji, na przeżycie których – w innych miejscach – szanse byłby znikome.

To co – zamierzacie odwiedzić Park w Owińskach? My na pewno już niebawem ponownie się tam wybierzemy.

W dni powszednie:

Dla turystów indywidualnych w godzinach 9.00-11.00

Dla grup zorganizowanych (wymagana telefoniczna lub mailowa rezerwacja)

W soboty:

Dla turystów indywidualnych w godzinach 10.00-14.00

Dla grup zorganizowanych (wymagana telefoniczna rezerwacja)

W niedzielę i święta:

Park nieczynny

W okresie wakacji Park Orientacji Przestrzennej otwarty jest dla gości indywidualnych od poniedziałku do niedzieli w godzinach 8.30-15.00.

5 sposobów na klocki rzepy (Bunchems)

Piękna pogoda zachęca do spacerów, zabaw na świeżym powietrzu  oraz eksplorowania najbliższej okolicy. Niestety bywa i tak, że mimo słońca za oknem gdzieś obok pojawia się czynnik zmuszający nas do spędzania czasu w czterech ścianach.

Tym razem dopadło nas paskudztwo zwane rumieniem zakaźnym. To ono od blisko tygodnia wymusza na nas unikanie wyjść.

Dzieciaki doskonale radzą sobie ze znalezieniem sposobu na spędzenie chwil w domu, mimo to i ja staram się wskazać im co najmniej kilka alternatyw spędzania czasu tak, by jednocześnie dać im swobodę wyboru decydowania o tym, co robić będą.

Ponieważ w ostatnim czasie sporym zainteresowaniem cieszą się u nas rzepowe klocki Bunchems, dziś pokażę Wam kilka aktywności z ich wykorzystaniem.

1. GRA SPRAWNOŚCIOWA “ŁOWIMY RYBY”

Do przygotowania gry usprawniającej motorykę dziecka oraz  koordynację oko -ręka wystarczy przygotować kilka kolorowych szablonów rybek. My stworzyliśmy je obrysowując nasze dłonie. Do rybki doklejamy (w naszym przypadku na taśmę dwustronną, choć zdecydowanie trwalszym rozwiązaniem byłoby użycie kleju na gorąco) rzep. Następnie wykorzystując jakiś patyk lub inny drewniany sprzęt (chociażby łyżkę) tworzymy wędkę zakończoną również rzepem.

Nie pozostaje nic inne jak przyjęcie chwilowej roli wędkarza i wyłowieni wszystkich bunchemsowych ryb z naszego zbiornika wodnego.

2. AKCJA SEGREGACJA

Klasyfikowanie, segregowanie, to umiejętność matematyczna, którą nasze pociechy rozwijają od najmłodszych lat. Początkowo skupiamy się na segregowaniu w oparciu o jedną cechę (np. kolor czy wielkość, itp), by z czasem utrudniać zadanie wprowadzając coraz to więcej wytycznych.

Bunchems mają bogatą gamę kolorystyczną, co automatycznie nasuwa możliwość ich wykorzystania podczas ćwiczenia klasyfikowania. Wystarczy przygotować  wycięte z tekturki koła w podobnych kolorach, by zachęcić dziecko do segregowania. Segregowanie według kolorów samo w sobie może wydać się zbyt proste, dlatego polecamy, by ową czynność nieco uatrakcyjnić, jednocześnie utrudnić i użyć do niego pęsetę (dodatkowo poza kompetencjami matematycznymi rozwijamy tutaj też motorykę małą dziecka).

Nic nie stoi na przeszkodzie, by na naszych tekturowych podkładkach wypisać odpowiednie liczby. Wtedy na daną podkładkę ułożyć musimy tylko wskazaną ilość rzepów.

3. OBRAZKOWE KODOWANIE

Kodowanie stało się w ostatnim czasie bardzo modne. Ulegliśmy odrobinie modzie i z wykorzystaniem Bunchems oraz dwóch tabelek opisanych w podobny sposób jak w popularnej grze w statki skupiliśmy się na przekazywaniu zakodowanej informacji.

W pierwszej kolejności jedna z osób stworzyła rysunek, by następnie w postaci kodu: “2c pomarańczowy, 2e pomarańczowy, 8d zielony, itp.” – nie pokazując co stworzyła – przekazać obraz drugiej osobie.

W ten sam sposób podawaliśmy sobie drogę przez labirynt ułożony z Bunchems właśnie.

4. ZABAWY Z ALFABETEM

Kolejna zabawa to rewelacyjna aktywność utrwalająca znajomość liter pisanych polskiego alfabetu. Wypełnianie wybranymi Bunchems kolejnych liter 0raz tworzenie w następnej kolejności wybranych wyrazów to to, z czym nawet  najbardziej oporni nauce czytania powinni sobie poradzić.

Gdyby ktoś z Was chciał skorzystać z naszych szablonów liter – można je pobrać TUTAJ 

5. WIECZORNE PODCHODY

Nie wiem czy wiecie, ale w ofercie klocków Bunchems znajdują się również takie, które świecą w ciemności.

W naszym posiadaniu są dwa świecące zestawy: smoki oraz jednorożce.

Poza tworzeniem klasycznych bunchemsowych konstrukcji wykorzystaliśmy świecące klocki do przygotowania wieczorno/nocnych podchodów. Naświetlone strzałki rozłożone po całym domu doprowadziły nas do niespodzianki…

Na końcu naszych podchodów czekała na nas (o czym już wyżej wspomniałam) niespodzianka – jak to zwykle w podchodach bywa – ogromne jajo Hatchimals, nie jednak takie zwyczajne, bo pełne Bunchems właśnie. Po wykluciu się rzepów zgodnie z instrukcją stworzyliśmy słodkiego pingwinka Penguala.

Odczytywanie i tworzenie według instrukcji, obcowanie z klockami, które stymulują sensorycznie nasze dłonie, a wreszcie osiągnięcie zaplanowanego efektu w postaci gotowej konstrukcji to całkiem spora dawka pozytywnych oddziaływań na naszą pociechę.

Jak Wam podobają się nasze rzepowe pomysły?

Tak naprawdę całkiem sporo z nich odnieść można do każdego rodzaju klocków, jeśli jednak nasuwają się Wam jeszcze jakieś pomysły na wykorzystanie rzepów w zabawie – koniecznie się nimi z nami podzielcie.

Klocki GEO

Choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy, matematyka towarzyszy nam na każdym kroku.

Zatrzymaj się na chwilę i zastanów ile razy w ciągu dnia coś przeliczasz, grupujesz, mierzysz, ważysz? Ile różnorodnych kształtów zarówno tych płaskich, jak przestrzennych Cię otacza? Sporo tego prawda?!

Swoją przygodę z matematyką w szkole zakończyłam na pierwszym roku studiów mierząc się ze statystyką. Nieco wcześniej stawiłam czoła matematyce na maturze (wtedy jeszcze nie była obowiązkowa). Radziłam sobie z wspomnianym przedmiotem całkiem dobrze, choć wyobraźnia przestrzenna, mam wrażenie, zawsze u mnie “szwankowała”. Cóż bywa!

Mimo przestrzennych niepowodzeń o dziwo doskonale dawałam sobie radę ze znaną i niezwykle popularną niegdyś grą zwaną tetris 3D.

Jakiś czas temu zaobserwowałam, że i moim dzieciakom pojęcie brył geometrycznych nie jest obce. Co więcej maluchy radzą sobie znacznie lepiej ode mnie z ich układaniem i odwzorowywaniem ich ułożenia.

Kiedy w ofercie ulubionego Wydawnictwa Epideixis wypatrzyłam Klocki GEO, wiedziałam, że ich posiadanie okaże się strzałem w dziesiątkę.

Klocki dotarły!

Niewielkie drewniane pudełko, w załączeniu książeczka i siedem drewnianych klocków w kolorach: czerwonym, niebieskim, zielonym, żółtym, fioletowym, białym oraz czarnym. Niby nic wielkiego, a jednak – jak się po chwili okazało – wyzwanie jakich mało.

W zabawie chodzi o to, by przy pomocy przestrzennych klocków odwzorować ich ułożenie zaprezentowane w książeczce. Zadanie wydaje się być prostym, szczególnie na pierwszych kilku stronach książeczki, na których ułożenia zaprezentowane są z podaniem kolorów klocków.

Sprawa nieco komplikuje się, kiedy na kolejnych kartach broszury prezentowane ułożenia są szare, pozostawiając dobór odpowiednich klocków nam. Nasz umysł musi się nieźle nagimnastykować, by kolejne (a jest ich aż 70 łącznie) ułożenia zrealizować.

Klocki GEO to wspaniała i wartościowa zabawa dla dzieci (szczególnie tych w wieku szkolnym), ale i dla dorosłych.

GEO bawią i uczą jednocześnie: kształtują umiejętność określania stosunków przestrzennych, rozwijają wyobraźnię, stymulują i uwrażliwiają na odbiór świata wieloma zmysłami.

Edukacja ukryta w zabawie to hasło najkrócej opisuje ideę jaka Klockom GEO przyświeca.

Wspólnymi siłami – całą rodziną – zmierzyliśmy się z całą 70 ułożeń [ZOBACZ NASZE UŁOŻENIA]. Przyznać muszę, iż odrobinę czasu nam to zajęło, co mogę również potwierdzić, to także fakt, iż z każdym kolejnym ułożeniem jest odrobinę łatwiej.
Bawiliśmy się z dziećmi prostymi ułożeniami, kiedy maluchy kładły się spać to my – rodzice – podejmowaliśmy wyzwanie tych trudniejszych.

GEO wciągnęły nas (i naszych znajomych, którzy w układanie zostali zaangażowani) bardziej niż moglibyśmy się tego spodziewać, dlatego też z czystym sumieniem przestrzenne klocki Epideixis’a możemy Wam polecić.

Ponieważ opisywane klocki przeznaczone są dla dzieci szkolnych, a nasze dzieciaki, kiedy klocki GEO do nas trafiły skończyły dopiero co 4,5 roku, dla smyków przygotowaliśmy kilka innych, dostosowanych do ich wieku, aktywności z GEO związanych:

BALANSUJĄCA WIEŻA

Układanie kolejno klocków w taki sposób, by budowla nie runęła. W ten sposób można bawić się samodzielnie, można w parze, wtedy każdy kolejny klocek dokładany jest przez graczy naprzemiennie.

ODWZOROWYWANIE BUDOWLI ZE ZDJĘĆ

Układanie budowli wzorując się na zdjęciu wspomnianej.

TETRIS

Stworzyłam kilka kart prezentujących bok powstałej z ułożenia figury, zadaniem dziecka było ułożenie jej w przestrzeni.

ZABAWA, ZABAWA I RAZ JESZCZE ZABAWA

Budowanie, burzenie, tworzenie garaży, zamków i twierdz z wykorzystaniem klocków GEO i nie tylko.

 

Wpis powstał przy współpracy z Wydawnictwem Epideixis.

O dziecięcym kolekcjonowaniu…

Przyszło mi dorastać w czasach, kiedy znaczną część dnia spędzało się poza domem, z koleżankami i kolegami, kiedy piękne, kolorowe, świecące i gadające zabawki nie istniały dla nas (być może zagraniczni równolatkowie już wtedy się nimi cieszyli), kiedy szaleństwem było posiadanie zestawu lego lub lalki Barbie z Pewex’u.

Mieliśmy zdecydowanie mniej, jednak tak bardzo nie różniliśmy się od współczesnych dzieci. Podobnie jak dzisiejsze maluchy i my wciąż coś kolekcjonowaliśmy. Pamiętam jak dziś moją kolekcję kapsli wypełnioną woskiem ze świec i ozdobioną specjalnymi naklejkami. Owe specjalne pionki wykorzystywało się w tzw. grze w duce. Najlepiej wyważone kapsle można było wymienić nawet na 15 innych. To było szaleństwo! Pamiętam też radość z każdej mini zabawki z kolejnego jajka niespodzianki (pamiętacie te niebieskie hipopotamy?), z rozczuleniem wspominam również kiedy już jako nieco starsza – razem z bratem – kolekcjonowaliśmy puszki po kolorowych napojach, Przyznajcie się, kto z Was miał również ścianę lekkiego i niestety podatnego na podmuchy wiatru aluminium na meblościance?

Myślę, że zgodzicie się ze mną, że zjawisko kolekcjonowania – szczególnie tego dziecięco – młodzieżowego – upowszechniło się i nabrało szczególnego wymiaru u tych, których dzieciństwo przypadało na czasy późniejszego PRL’u. Wyraźnie zauważalna stała się  wówczas kreatywność w tworzeniu i kształtowaniu oraz pozyskiwaniu przedmiotów kolekcjonerskich – co widać chociażby, po moim krótkim wstępie.

Kolekcja przedszkolaka

Tworzenie przez dzieci kolekcji, czyli mniej lub bardziej świadome gromadzenie rzeczy związanych z określoną tematyką, ma podłoże najczęściej w potrzebie posiadania określonej kategorii przedmiotów, chociaż nie tylko… Wszak najróżniejsze przedmioty gromadzimy również dla ich wartości nazwijmy ją historycznej, czy też sentymentalnej.

Dziecięce kolekcjonowanie swój początek odnajduje już w wieku przedszkolnym.  Zjawisko dziecięcego kolekcjonowania ma zazwyczaj charakter dosyć „żywiołowy”, zaś jego głównymi patronami są najczęściej rodzice pociechy, którzy wspierają w dziecku kolekcjonerski zapał bądź też studzą go, jeśli wybrany cel uznają za nader wymajający lub będący zbyt dużym obciążeniem finansowym.

Zdarza się, że dziecięce pasje kontynuuje się  w wieku dorosłym, choć te wtedy zyskują (słusznie lub też nie) znacznie poważniejszą rangę.

Dlaczego pozwolić dziecku na tworzenie własnych kolekcji?

Kolekcjonowanie to ciekawy pomysł na hobby. Zbieranie przez Twoją pociechę skarbów, tworzenie z nich różnych zbiorów (nawet pozornie bez żadnej wartości) sprawia dziecku radość, uczy je cierpliwości, wytrwałości, daje również satysfakcję, odgrywa także ważną rolę w kontaktach społecznych – nic tak nie łączy jak wspólne pasje, kolekcje i rozmowy o nich.

Istotne jest to, by dziecięcą pasję umiejętnie ukierunkować. Wskazać przykłady wartościowych kolekcji, zainspirować dziecko własnymi zbiorami, doradzać, gdzie szukać inspiracji.

Przygoda z Hatchimals

Im moje dzieciaki większe – choć raczej powinnam napisać – starsze, tym przedmioty kolekcjonerskie mniejsze. Nie wiem czy to jakaś stała, czy też przypadek, ale w ostatnim czasie taką zależność da się zaobserwować. Może owa miniaturyzacja wynika z faktu, iż do szkoły łatwiej zabrać mini figurkę i zaprezentować koleżankom i kolegom, niż jakiś giga produkt.

Dlatego, gdy niespodziewanie tuż przed Wielkanocą wpadły w nasze ręce mini jajeczka  Hatchimals Colleggtibles byłam wręcz pewna, że owa przypadkowa przygoda stanie się początkiem kolejnej rozrastającej się kolekcji w naszym domu.

Czym są Hatchimals Colleggtibles?

To niewielkie jajka, w których ukryte są jeszcze mniejsze figurki magicznych zwierzaków. Owo mini jajko w strukturze bardzo przypomina to prawdziwe.

Na jajku nadrukowane jest fioletowe serduszko. Wspomniane serce należy tak długo pocierać, by zmieniło kolor – tym samym zmiękło – i pozwoliło na wyklucie się zwierzaczka.

Co w jajku znajdziemy?

Brokatowe nosorożce , pegazy, urocze gryfy, uśmiechnięte małpki, skrzydlate łosie i wiele innych fantastycznych i niezwykle uroczych zwierząt.

Każde z odnalezionych można przyporządkować do innej rodziny – pomaga nam w tym załączona do zestawu ulotka lub plakat.

Figurki Hatchimals serii 1 (druga ma się pojawić już w kwietniu) to blisko 70 postaci do zebrania. Sporo prawda?

Zapytacie po co to wszystko i ile to kosztuje?

Każda kolekcja ma swoją określoną wartość materialną, zdecydowanie największą dla właściciela kolekcji, ta jednak nie zawsze stanowi obiektywną wartość rynkową.

W naszym przypadku od najmłodszych lat właśnie przy okazji tworzenia dziecięcych kolekcji uczymy nasze pociechy wartości pieniądza lub po prostu wartości danej rzeczy.

W jaki sposób?

Moje dzieciaki od samego początku uczone są tego, by umieć podzielić się zabawkami z innymi. Jeśli mamy czegoś za dużo to albo dzielimy się tym z innymi, albo wymieniamy na coś innego, albo też – jeśli stan danej rzeczy na to pozwala sprzedajemy.

Mam to szczęście, że moje szkraby nie niszczą zabawek, szanują co ich i potrafią się nimi w odpowiedni sposób bawić. Szał czy fascynacja na konkretny rodzaj zabawki/sprzętu z czasem mija, jeśli na półkach lub w szafie zalegają zabawki/sprzęty, którymi dziećmi nie bawiły się od dłuższego czasu, najczęściej je sprzedajemy (za zgodą dzieci rzecz jasna). Pieniądze uzyskane ze sprzedaży zabawek, którymi szkraby się już nie bawią, pozwalają na zakup innych.

W ten oto sposób dzieci uczą się wartości pieniądza, wartości konkretnej rzeczy. Co jeszcze dzięki takiej postawie zyskujemy?

Pokój dzieciaków nie zniknie pod tonami niepotrzebnych nikomu zabawek, gdyż postępowanie nasze pozwala nam na zachowanie zabawkowej równowagi.

Myślicie, że i u Was sprawdziłoby się takie rozwiązanie?

 

Wracając jednak do naszych Hatchimalsów –  spójrzcie raz jeszcze na nie – czyż nie są urocze?

Jeśli jednak sam urok na Was nie działa to podpowiem, że doskonale sprawdzają się jako pomoc matematyczna w postaci liczmanów, idealnie udaje nam się z nimi również zabawa pt. „Kogo brakuje/Co się zmieniło?”.

Rządek kilku figurek ustawiam przed dziećmi, po czym albo ukrywam jedną bądź kilka figurek albo zmieniam ich kolejność. Zadanie dzieci polega na odkryciu co jest nie tak…

Lubicie tego typu zabawy?

 

I Ty możesz zostać architektem!

Zabawy konstrukcyjne są jedną z naturalnych aktywności podejmowanych przez dzieci w wieku przedszkolnym. Wraz z mijającym czasem nabierają one precyzji oraz rozmachu w działaniu.

Jeszcze z czasów swojego dzieciństwa pamiętam jak długie godziny razem z zaprzyjaźnionymi dziećmi spędzałam na zabawach klockami lego sąsiada. Duńskie klocki nie były wtedy tak łatwo dostępne jak dziś, więc zadowalaliśmy się zdekompletowanymi zestawami podsyłanymi koledze przez rodzinę zza granicy.

Szybko okazało, że jedną z lepszych zabaw jest tworzenie domów, projektowanie kolejnych pokoi, budowanie poszczególnych sprzętów. Wyobraźnia szła w ruch, by pojedyncze klocki tworzyły łóżka, kanapy, telewizory, zlewozmywaki, lampy, konsole do gier, itp. Co prawda nie mogliśmy sobie tu pozwolić na ułożenie dywanu, aranżację ścian salonu, czy chociażby wybór tapety do przedpokoju, mimo to w rolę architektów wcielaliśmy się pełni dumy i zadowolenia z naszych tworów.

Nadszedł moment, kiedy swoje pociechy postanowiłam zaangażować w podobne działania (a te są o tyle specyficzne, że ograniczają się do aranżacji pomieszczenia widocznego jakby z lotu ptaka) i tak od pewnego czasu każdego dnia powstają kolejne projekty wnętrz.

Planujemy, budujemy i wyposażamy kolejne domostwa bawiąc się przy tym świetnie.

Budowaliście kiedyś podobne projekty? Czy może budowanie według instrukcji wolicie zdecydowanie bardziej niż samodzielne działania?